merigold blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 7.2003

Burza

2 komentarzy

Właśnie wygasa burza. Burza wielka, z deszczem lejącym się z nieba wiadrami. Gdybym wyszła na dwór, byłabym mokra w ciągu sekundy.

Pioruny waliły bardzo blisko, rozdzierały niebo hukiem i błyskiem. Szczerze mówiąc – zawsze, kiedy czytałam framgent Ewangelii mówiący o śmierci Jezusa, wyobrażałam sobie, że grom, który się wtedy odezwał, brzmiał właśnie tak. Najpierw pomruk, potem głośny trzask, wreszcie oszałamiający huk, który sprawia, że ziemia drży pod stopami.

Z innej beczki: kupowałam dziś filmy do aparatu i sprawiło mi to dziką frajdę. R. potrzebuje zdjęć na swoja stronę karaoke, a ja je będę dziś wieczorem robić w klubie Las Vegas. Nabyłam więc dwa filmy 800 ISO (nigdy nie używałam czegoś tak wyspecjalizowanego). Kiedy sprzedawca podał mi dwa zawodowe filmy w plastikowych pojemniczkach, wyjąwszy je z lodówki – poczułam się jak profesjonalistka.

Wstawiam to wydarzenie do Muzeum Małych Przyjemności im. Amelie Poulain.

:)))

Zgodnie z wolą ludu, wyrażoną w komentarzu snafu (dziękuję, dziękuję), od dziś po lewej stronie będzie odnośnik do Kuchni Meri.

Mimbla obgryza czerwony flamaster. Moja mała istota nieco urosła, powoli zmienia też kolor futerka – ze śnieżnobiałego na kość słoniową. Ze szczególnym upodobaniem obgryza długopisy i zapałki. Nie wiem, czemu, ale taka jest jej szczurza wola ;)

Wczoraj – karaoke na Ursynowie. Knajpa jest wprawdzie beznadziejna, ale uroczy R. i towarzystwo V. i Y. osładzają tę gastronomiczną katastrofę. Jedno, co tam dobre, to Carlsberg – i prawdopodobnie dlatego, że z beczki :)

W ramach śpiewania jakiejś stareńkiej ABBY – podeszła do mnie jakaś panna i zaproponowała, żebym śpiewała w kapeli rockowej. Że niby taka świetna jestem i mogłabym, gdybym chciała. Odesłałam ją do G., która wprawdzie chwilowo w Krakowie, ale jest o wiele bardziej odporna na hałas, niż ja.

Ale satysfakcja jakaś jest… ;)

Zachęcona niedawnymi sukcesami kulinarnymi w Załęczu i Rembertowie założyłam sobie podstronkę na www.mniammniam.pl. Jeszcze nie jest aktywna, ale jak tylko będzie, to wrzucę na nią przepis na karaibską zimną zupkę i inne dobre rzeczy.

A może nie wrzucać? Zostawić sobie tajemnicę? Ten dylemat przypomina mi bankiet czarodziejów w Aretuzie i komentarz do „odwiecznych sporów, czy upowszechniać magię, czy ją elitaryzować” – albo jakkolwiek to brzmiało; nie chce mi się biec do źródła (choć stoi na półce w pokoju obok).

Więc nie wiem – wrzucać? Nie wrzucać? That is the question.

A Mimbla, nieświadoma moich dylematów, siedzi na stercie gazet i myje sobie lewą tylną łapkę.

Nocą

1 komentarz

Nocą, w ciszy, jest dobrze. Wszyscy śpią, mogę sobie pisać i pisać…

Mysza właśnie odprowadzona do klatki – nie mogę opiekować się jednocześnie nią i piwem w puszce, bo zawartość puszki natychmiast trafiłaby na klawiaturę – a na to nie mam ochoty.

Parę lekko erotycznych smsów z kolegą. Miły nastrój oczekiwania, które przecież nie stanie się ciałem – who cares anyway?

Chwytaj życie, chwilę, moment. Tak, jak siatkówka w Miałkówku, jak ściganie tramwaju w Budapeszcie, jak śpiewanie na Baszcie Rybackiej. Chwytaj życie, Meri – to jedyne, co warto.

Jest cichutko – Młody pojechał, starzy pojechali. Bąbelek włóczy po biurku skórkę od banana, pies chrapie pod blatem.

Idylla.

Dzwoniłam do klasztoru, gadałam chwilę z N. i T.

Skwar

Brak komentarzy

O dziewiątej Ursynów pachnie jak niedziela w Juracie. Brak mi tylko możliwości przejścia stu metrów i znalezienia się nad szumiącym morzem, w które można wskoczyć, potem się osuszyć, potem wskoczyć, potem się osuszyć i przeżyć przedpołudnie nader radośnie, nie czując skwaru.

Nagrałam parę filmów. Pogadałam na czacie. Nie wiem, po co, bo przecież i tak nic z tego nie ma, to kontakt w wyobraźni bardziej, niż w życiu.

Dostanę monitor dzisiaj z powrotem pewnie i będę coś pisać. Do Zaszczanka nie pójdę – primo, bo gorąco, secundo, bo Młody pojechał na bzykanko i wróci jutro, więc pies pod moją opieką.

Mimbla-bąbelek przesypia skwar na wiórkach w klatce; moja mądra myszencja wie, jak żyć w takich warunkach.

Byłam pod prysznicem półtorej godziny temu… mała powtórka? :)

Może by tak popracować? Sprzątnąć na biurku, wyciągnąć laptopika i popisać ciut?

Ostatnie parę dni spędziłam nader rozrywkowo – co wieczór wychodziłam z domu i miałam wszystko gdzieś. Fajne uczucie, słowo daję. Było super. Łaziłam na karaoke, był koncert – to karaoke w sumie nie kręci mnie aż tak, ale są tam znajomi i miła atmosferka.

Matka oczywiście kpinki sobie robi z S. i faktu, że nigdzie nie byliśmy wczoraj. Nie znoszę tego, jak się ma męża od dwudziestu pięciu lat, to się traci prawo do wypowiadania się o związkach. A jak się z tym mężem żyje, tak jak się żyje… no właśnie.

Wczoraj S. radośnie zadeklarował, że chętnie nauczy kolegę P., jak mnie należy traktować. Szkoda, że sam tego nie robi.

Noc oczywiście pełna snów o S. Co ja mam zrobić, do cholery, żeby obraz stał sie ciałem?

Requiem Mozarta kocham nad życie, ale wolałabym, żeby Gabriela Silva go nie śpiewała.

Poza tym było fajnie. Chór zmęczony, ale spoko, reszta też ok. Dyrygował profesor Zimak.

Potem krótka rozmowa z S. Stęskniłam się za nim, za jego nieco neurotyczną osobowością, za zapachem mężczyzny, za lekkim, lekusieńkim jak piórko flirtem, który prowadzimy ze sobą od lat.

Żal nieco, że tylko tak…

Wbiegam do mieszkania jakiegoś mężczyzny. Całe jest zastawione marynowanymi warzywami, zamkniętymi w słojach do preparatów, jakie pamiętacie pewnie z podstawówki (żaby i inne stworzenia w formalinie były zamknięte w grubych, prostopadłościennych słojach). Wszystkie marynaty-preparaty ułożone są jak dzieła sztuki – pojedyncze akcenty zielonego groszku pośród równiutkich laseczek marchewki. Na ścianie wisi największy słój, a w nim kobieca twarz.

Gospodarz twierdzi, że wycięta z warzyw, ale to nieprawda.

Po powrocie mi źle.

Załęcze piękne, choć krajobraz daje się określić po Stachurowsku: kozy, dziewanna, sosny i rozstaje. Za to niedaleko Warta – dosłownie o rzut beretem od głównego budynku. W klasztorze Ko Myo Ji cisza i spokój – o ile oczywiście pies-rezydent Bazyl nie oszczekuje kamieni.

Kopałam ogródek, wiązałam czasowe ograniczniki dla psa (żeby nie rozkopał świeżutko posianej trawy), gotowałam dla dziewczyn. Było mi dobrze, teraz wracam do skrzeczącej mi rzeczywistości.

Mimbla-bąbelek była ze mną i było jej też chyba dobrze. Za to kwadrans temu ugryzła psa w nos. Biedny Nero…


  • RSS