merigold blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 9.2003

Zaliczenie 70% przedmiotów z IV roku i całego poprzedniego, przechorowanego semestru odbierze mi prawdopodobnie większość czasu w tym roku, ale nie szkodzi – w końcu najważniejsze było nietracenie roku.

W przyszłym roku reszta z IV roku plus piąty.

I – co mnie przeraża najbardziej – proseminarium magisterskie… Aaa!

Jutro i jutro

3 komentarzy

W pewnych sprawach wszystko załatwia się „jutro”. No więc tak samo – dziś przeniosło się na jutro. Trzymajcie kciuki… jutro od 9.30 do wczesnego popołudnia – wtedy będzie się wszystko rozstrzygało…

Tomorrow

Brak komentarzy

Tjaa… jutro będę załatwiała sprawy o fundamentalnym znaczeniu dla mojego życia w ciągu najbliższych dwóch lat. Albo i trzech.

Dziś zatem idę zajmować się sprawami absolutnie niezwiązanymi z moim życiem w ciągu najbliższych lat.

Co za ulga…

Koniec września, a ja tak lubię ten miesiąc. Zamiast niego pojawi się jednak miły październik – drobna stabilizacja, regularność, urodziny i inne przyjemności.

Zrobię może parę słoików konfitur, z zielonych pomidorów, o ile jeszcze znajdę, i z gruszek. Cudne, twarde gruszki będą się przetwarzać (w końcu są przetworami) w złocistym syropie.

Jeśli przyjdzie mi coś jeszcze do głowy, to zrobię; to będzie propedeutyka realizacji pewnego marzenia.

Ale to już za długa historia ;)

Na obiad była płoć. Płoć nieduża, bo jestem fanką ryb w dość ograniczonym zakresie. Być może dlatego miała ona wyjątkowo wiele ości; tak dużo, że poczułam się jak w wieczór wigilijny, kiedy to zawsze mój kawałek karpia ma ich absolutnie najwięcej…

A o piwie marzę w dwóch aspektach. Po pierwsze, o warzeniu piwa; odmierzaniu, gotowaniu i butelkowaniu, a potem o piciu piwa, które samemu się nawarzyło, o etykietach, o skrzynce w piwnicy, o ewentualnym sześciopaku, który można komuś podarować ;).

I o piwie, które piłam daaawno temu w miasteczku Valladolid de la Canada, delikatnym, ciemnym i jabłkowym irlandzkim piwie. Pamiętam jego smak, barwę, kolory nalepki, pamiętam zapach i nawet to, w co byłam ubrana, jak je piłam. Jedyne, co umknęło mi z pamięci, to jego nazwa…

Ostatni dzień

1 komentarz

No i poszedł ostatni dzień. Nic specjalnego; bez fajerwerków.

Teren UW jest cudnie zielony i cichy jeszcze; kwitną wielkie, żółte dzwonki.

Świeci słońce, a ja trochę przysypiam i na to przysypianie jem kawowe cukierki, ale chyba kupując je zapomniałam, że nie zawierają kofeiny.

Idę poczytać. Poczytać tę samą książkę, którą czytałam już parę razy – Ostatnią bitwę templariusza. Jest tam i romantyczna historia, i wątek sensacyjny; piękna kobieta, samotny mężczyzna i zakonnica o prawie przezroczystych oczach. Stara księżna i jej stary, szlachetny wielbiciel.

Ksiądz Lorenzo Quart to postać nieco papierowa, bliźniaczo podobna do innych bohaterów Pereza-Reverte. Quart, Corso, Coy i inni są prawie identyczni, wyznają stare, dobre zasady, mają marzenia, krzywdzą ich kobiety, czytają te same książki. Ksiądz Quart ma jednak coś świeżego w sobie, co mi się ciągle podoba. Niezłomny templariusz. Zakochany mimo woli. Podporządkowany Zasadom, z których uczynił swoją broń, swój dom, swoją przystań.

Mmm, idę czytać, choć powinnam pewnie robić coś zupełnie innego. Nie szkodzi. Gorąca herbata, kawowe toffi i rozterki Lorenzo Q.

Pół godziny temu mój szanowny rodzic rzekł gromkim głosem, otwierając lodówkę:

I kto mi znowu kładzie cytrynę na jajka?

Zeszłam ze śmiechu.

Wczorajsza praca nad scenariuszem o wolontariacie przydała się. Przyszła grupa młodsza, niż się spodziewałyśmy – pierwsza gimnazjalna, zamiast trzeciej, ale i tak było super. Dużo aktywności – rysowanie ludzików, które Oni zazwyczaj uwielbiają (ja zresztą też!). Quiz. Dyskusja z przechodzeniem na dwie strony sali, przedzielonej czerwoną włóczką. Grupa aktywna, wspaniała – taka, z którą aż chce się pracować; chce się im dać jak najwięcej i jak najlepiej, żeby wykorzystać siedzące w nich możliwości.

Po zajęciach, z powodu kryzysu finansowego, nie było eleganckiej mrożonej kawy w Daily, tylko inka w Karaluchu. Było równie fajnie, choć na pogaduchy wybrałyśmy się już z M. gdzieś indziej – na skwerek za Filologią Klasyczną.

Miłe, wrześniowe życie.

Zrobiłam…

Brak komentarzy

…mnóstwo dobrej, nikomu niepotrzebnej roboty.

A konkretnie: usiadłam wczoraj, żeby napisać scenariusz zajęć.

Wiedząc, że wymaga skupienia, dorzuciłam do niego parę gier, żeby się nie nudzili i wzięłam magnetofon z kasetami Vollenweidera, żeby stworzyć miłą atmosferę pracy.

Grupa nie przyszła, a moja frustracja sięgnęła zenitu.

Zgarnęłam dziś od B. genialną książkę (wspominany wczoraj Compass) pełną pomysłów i ćwiczeń ogólnie dotyczących tematu Human Rights Education.

Idę więc czytać, pisać i wygrzewać się z Mims pod kocem.

Ta robota obfituje w zjawiska ciekawe i miłe. Dziś na warsztacie (temat: Rasizm), miałam świetną grupę. Druga klasa gimnazjum, ludzie o poglądach doskonale wyrobionych, pięknie się wypowiadający, ciekawi i inteligentni.

Dostałam od M. scenariusze z podręcznika Compass – genialne, angażujące emocjonalnie, ciekawe. Pojutrze prowadzimy scenariusz z tego właśnie podręcznika (vivat intelektualna niezależność trenerów!), a na jutro mam coś napisać na ich podstawie. Ciekawe, kiedy.

Mój mózg emituje jedynie myśl: Mam katar!


  • RSS