merigold blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 11.2003

Poza tym…

2 komentarzy

… zza pleców dociera do mnie ścieżka dźwiękowa francuskiego filmu; w filmie jakaś para namiętnie szepcze sobie o swoich fantazjach. Nie, żeby coś; też w końcu je miewam, ale żeby tak publicznie? :)

To nie jest najlepszy pomysł.

Jutro wyjeżdżam, cholera, jestem niespakowana i nie mam biletu, mam za to dosyć wszystkiego serdecznie. Nie chce mi się, jestem zmęczona i najchętniej cały weekend bym spała, grała w Simsy i kanastę, piła herbatę i piwo. A mam być aktywna, pełna energii, optymistyczna, radosna… wszystko, czym nie jestem; a raczej czym byłabym po dwóch dniach robienia wyżej wymienionych rzeczy.

Wbrew pozorom: ja się nie skarżę, B. broń. Jest fajnie. Tylko chwilowo mi się nie chce ;)

Wczoraj wieczorem upiekłyśmy z rodzicielką placki, babcia zrobiła kluski, zawiozłyśmy to wszystko, a dziś można było już przyjechać na gotowe.

Nabożeństwo jak nabożeństwo – księdzu było już naprawdę wszystko jedno, za to organista dostarczył mi swoją dykcją wiele radości. Śpiewał głośno, pomijając takie drobiazgi, jak rytm i wszelkie spółgłoski – oprócz r. Każde r było w jego wykonaniu prawdziwym RRR.

Potem wczesny obiad, lunch-brunch właściwie, gadki o wujku i o dawnych czasach. Kuzynki i kuzyni. Byłam zajęta w kuchni, mało z nimi rozmawiałam. I tak mi było dobrze, konkretne, pożyteczne zajęcie dobrze robi.

Teraz z herbatą siedzę tutaj i robię różne rzeczy – dłubanki w html dla kijanki, maile, poGGawędka z kumplem. Dobrze jest.

Nie, nie będę nic pisać. Po prostu była dzisiaj tryptyku część druga. I już.

Wstałam. Prysznic, herbata, suszenie włosów. Po drodze na wyprowadzenie palimy z ojcem w samochodzie.

Jakie to okropne słowo: prosektorium. Jaki tam hałas mimo wszystko – niewielka, chłodna, wyłożona kamieniem salka, w pokoju obok ktoś wrzeszczy przez telefon, sanitariusze i laboranci zderzają się w przejściu z grabarzami. I wśród tego wszystkiego ten staruszek,
z nieodłączną laseczką. Taki mały i drobny.

Ogrzewam się herbatą teraz, pojadę z ojcem po zakupy, coś zrobię jeszcze. Dobrze, że jutro będzie można piec i gotować na obiad po pogrzebie, to takie normalne jest, zwyczajne działanie.

Rytuał – a robienie sernika jest już dla mnie rytuałem – zawsze uspokaja.

..i pożycza monitor. Monitor w kontakcie z komputerem ojca traci swój podstawowy walor (czyli przestaje cokolwiek wyświetlać).

Odczytuję właściwości bezpiecznika. Dobre. Ojciec wymienia bezpiecznik.

Cyrk na kółkach ;)

Na usta cisną mi się słowa brukowe. Jest dziś 24 listopada, poniedziałek. 24 listopada to yy, niech policzę, szesnasty lub siedemnasty dzień, kiedy na tak zwanym mieście widuję choinki, mikołaje, życzenia noworoczne i inne tego typu dekoracje okolicznościowe. Nawet w sklepiku „przy śmietniku”, obok mnie, gdzie nabywa się śmietanę i cytryny, jak zabraknie, stoją dwie małe, plastikowe choineczki.

W telewizji na okrągło: Poczuj magię świąt.

A ja nie chcę czuć magii świąt na takich warunkach. Nie chcę, żeby prywatne firmy właziły z butami w moje świętowanie! Mam tego dość, nie chcę, to obrzydliwe. Dekoracje świąteczne w sklepach prawie śmierdzą, pod złotem i srebrem brud, zgnilizna i robaki.

Jedna z firm rozwiesiła w mieście plakaty z napisem Pójdźmy wszyscy po prezenty.

Czy istnieje granica czystego, nieskażonego kurestwa? Czy ktoś, kto to napisał, wie, że popełnił świętokradztwo?

Nie jestem religijna. Mam poczucie jakiegoś Absolutu, choć wcale nie jestem pewna, na czym on polega. Nie przywiązałam się do tradycji świąt w sensie radości z narodzenia Zbawiciela.

Bronię duchów dzieciństwa, kiedy Święta były magiczne naprawdę, kiedy cud miłości nie zdarzał się na białej podłodze supermarketu, wśród przemyślnie ułożonych gór rozmaitych towarów.

Cud spokoju i iluzji, że wszyscy tak naprawdę się kochamy, zdarzał się pod moją własną choinką, przy wyśpiewywanym przez śliczne Mazowszanki Pójdźmy wszyscy do stajenki.

Po pierwsze dlatego, że rozkosznie się wyspałam.

Po drugie dlatego, że sny miałam niesamowite, choć raczej nieopowiadalne.

Po trzecie dlatego, że mogę siedzieć w domowym ciepełku (i wysprzątanym na błysk pokoiku) aż to czternastej.

Mims – jeśli nie myszkuje – to buduje sobie gniazdo w rogu biurka. Na razie znajdują się tam: kawalątek kiszonego ogórka, na pół obgryziona piętka od suchej bułki, parę łupin po słoneczniku i papierowa serwetka, zawleczona tam nie wiedzieć po co.

Całość, gdyby ktoś nie wiedział o istnieniu szczurzycy w tym domu, wygląda mocno makabrycznie, jakbym była totalną i ostateczną fleją.

Na marginesie: słowo ‚myszkować’ nabrało dla mnie smaku dopiero, jak poznałam Mims ;)

Dwa kawałki mojego wieczorno-nocnego świata dziś nie działają. Dziwnie mi.

Po wielkim sprzątaniu bolą mięśnie. Pies marudzi, zaraz z nim wyjdę.

Wszystko działa w zwolnionym jakby tempie. Strach jest.

NerdQuiz działa wreszcie.

Piszę chyba dla samego pisania, więc już skończę. Wezmę prysznic. Pójdę spać.

Jejku, ale mi się chce zanurzyć w wannie pełnej ciepłej wody, z pachnącą pianką…

Ciąg dalszy

Brak komentarzy

Działalność porządkowa trwała dziś od dziewiątej do południa. Skończyła się na razie.

Kawa w odnowionej ‚Gwiazdeczce’ – kiedyś była to śmieszna, staromiejsca mordowienka, teraz kafeja elegancka nieopisanie, choć kawa średnia. Dziwna.

Drażnią mnie te choinki wszędzie – ludzie, na litość B., mamy jeszcze listopad! Ale o tym będzie potem.

Dziwne rzeczy

1 komentarz

Byłam dziś z mamą w szpitalu po rzeczy zmarłego w czwartek wujka. A potem pojechałyśmy do jego mieszkania po garnitur do trumny.

I myślę sobie teraz – nader oryginalnie, wiem – że vanitas vanitatum i że bardzo smutna jest szklanka po ostatniej herbacie, jeszcze z podeschniętą torebką, rozgrzebane, niepościelone łóżko, suszące się na kaloryferze skarpetki. Bo to wszystko wygląda, jakby staruszek miał zaraz wejść do domu, umyć szklankę, zdjąć skarpetki i przykryć tapczan narzutą.


  • RSS