merigold blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 7.2004

No to była ta teoria, że BJ umrze samotnie, a znajdą ją po trzech tygodniach ponadgryzaną przez owczarka alzackiego, nie? Była.

No to ja się też zastanawiam.

Panikarstwo moje nie zna granic. Naprawdę nie zna granic. Żadnych. Pomijając fakt, że wczoraj o mało co nie zjadł mnie taki WIELKI komar (wiem, że one nie gryzą, ale łatwiej mi trzymać na ręku wielkiego chrząszcza, niż przebywać w towarzystwie takiego komara.) Pomijając fakt, że moja kariera akademicka wisi na włosku. Na bardzo cienkim i rachitycznym włosku. Pomijając fakt, że nadal mam jeden ząb niewyleczony. Pomijając, że mam bajzel w pokoju i bajzel w życiu…

Jedno, co fajne, to istnienie P. i to, że mam fajną promotorkę (no dobra, jak się obronię, to o niej opowiem ;)

A może założę gospodarstwo agroturystyczne w Bieszczadach? Będę siedzieć, robić koronki szydełkiem, chleb z pieca i ekologiczne konfitury z moreli. Będę kupować materiał w kratkę i wycinać karbowanymi nożyczkami kółeczka i montować je na tych słoikach, żeby było tak bardzo Kinder, Kueche, Kirche i w ogóle żeby mi cała Polska zazdrościła, że takie piękne szydełkowe jak MoY mam firanki, zazdrostki i wszystko. A potem przyjedzie do mnie wielki Pan Reżyszer i powie: Pani Agnieszko, proszę nauczyć naszych widzów robić takie wspaniałe konfitury z moreli. No i zostanę Delią Smith, będę zarabiała kupę forsy i znów marzyła o gospodarstwie agroturystycznym w Bieszczadach.

A co! ;)

Jamie Oliver, toże na BBC1, bo to mój absolutnie ukochany program i przykład na to, że można robić telewizję jednocześnie edukacyjną i rozrywkową i bez reklam. To się nazywa misja i w ogóle. Ale wracając do naszych baranów:

Jamie Oliver wygląda, jakby, wstawszy rano, nie zdążył nawet umyć twarzy. Lubi słowo nice. W kuchni rusza się trochę jak Pascal, ale bez takiego wdzięku (choć program ewidentnie na podobnych scenariuszach). No i zalewa wszystko nieprawdopodobną ilością oliwy.

Jakoś wolę Delię Smith. I Pascala, ofkors.

A teraz jadę do mojej promotorki – meg ma rację – naprawdę fajnej ;)))

Różowy kolor w środku arbuza to coś najfajniejszego, co może być.

A w każdym razie jedna z tych najfajniejszych rzeczy. Lekki, słodki, wspaniały. I ten kolor, śliczny jak sukienka.

Żeby tak mieć sukienkę w kolorze arbuza…

Dalej muszę iść do dentysty i dalej się boję; nawet jeszcze bardziej, bo już wiem, jak to boli. Ale może parę dni jeszcze będę miała spokój. Święty spokój. A potem to już makabra jakaś.

Inne plany dziwnie się komplikują. Każą mi się bronić przed wrześniem. Boję się tam iść. Boję się wszystkiego. Brrrrr.

Za to arbuzy są zawsze miękkie, wilgotne chłodne. Sama przyjemność ;)

…rozpoczęta u Reformowanych, gdzie stary ksiądz powiedział mądre kazanie.

…kończąca się przy komputerze, a za chwilę w łóżku, z książką.

Po drodze kot, obiad, zakupy, nagrywanie płytki. I cicha szczurza dziewczynka na ramieniu. Łaskocze mnie po policzku wąsikami. Moja śliczna maleńka dziewczynka.

A wczoraj byłam u dentysty – nie dam sobie więcej nic wkładać do środka zęba, bo to boli. Bardzo boli. Tak boli, że jak o tym pomyślę, to też boli. Brr.

Upiekę chrupki, wspaniały chleb z ziołami i pikantnym serem.

Zrobię konfiturę z mirabelek.

Kiedyś będę miała kuchnię z szerokim, drewnianym blatem, dużo miejsca, wysoki stołek dla kogoś, kto zechce na nim usiąść i pogryzać oliwki i pić ze mną wino, póki nie skończę gotować.

Będę miała duży, ciężki stół i mnóstwo wygodnych krzeseł, przy których usiądziemy wszyscy razem, żeby rozmawiać i słuchać muzyki.

Serio serio – zapraszam Was na kolację. I może brzmi to jak „w czwartek po wojnie”, ale to się zdarzy. Zobaczycie!

No to idę sobie na maleńkiego lumpa. Żeby nie było. Do sąsiadki, na małe piwko. Albo duże ;)

Miałam dzisiaj moment dziwnego lęku, nie wiem o co, nie wiem po co.

Odkopawszy swój stary zeszyt z historii socjologii stwierdziłam, że co jak co, ale notatki to ja z tego mam porządne. No i się przydadzą ;)

A po południu oglądałam Delię Smith w BBC1 i mówię Wam, to jest dopiero klasa, jeśli chodzi o celebrity chef. Oczywiście nadal uwielbiam Pascala, ale jakby ciuteczkę mniej po tym, jak zrobił strusia w jakimś sosie. Bo strusie są ładne i do kochania, nie do jedzenia (jak ktoś mi powie, że świnie, krowy i kury też, to będę bardzo wrzeszczeć!).

No więc Delia Smith piekła chleb i była rewelacyjna, choć jedna rzecz mi się nie podobała. Powiedziała mianowicie, że wyrabiając chleb można sobie odreagować stres i frustrację.

A ja wierzę, że właśnie nie wolno, i jak się gotuje czy piecze w stanie stresu i frustracji, to te uczucia przechodzą w jedzenie i dalej i dalej i dalej. Zawsze jak gotowałam wściekła, to raz, że mi nie szło, a dwa, że było niedobre i „dziwne”. Do dobrego gotowania potrzebny jest spokój myśli. A chociaż względny spokój, bo to też genialny czas, żeby myśleć o różnych rzeczach.

Lubię zagniatać ciasto.

Wiem, że wszystkie jak dotąd moje związki były źle odbierane przez moją Szanowną Rodzicielkę.

Ale sugestia, że cokolwiek, co dotyczy otoczenia „tamtej strony”, jest prymitywne, brudne i głupie, to lekka przesada. „Takie środowisko”, mówi Szanowna Rodzicielka, ignorując środowiskowe świeże lub robiące się właśnie doktoraty, miłe gesty wobec znajomych, fajne pomysły na życie.

Takie środowisko. Taki lajf.

Jak się uspokoję, to wyrzucę tę notkę. Na razie jednak niech wisi, stan wk… nie przejdzie mi aż tak szybko.

Wyżyję się na tej łazience, co ją zaraz zacznę sprzątać. Howgh.

…muszę każdorazowo umówić się, co zrobić, żeby na te lumpy móc iść mniej więcej z czystym sumieniem.

Dziś swoje lumpy kupiłam za dokładne wyczyszczenie łazienki i ugotowanie obiadku – udek kurcoka duszonych w ziołach, do tego ryż i smażone plastry cukinii.

Łaska B., że nie grillowane, bo to by było bardziej trendy.

Swoją drogą – jest to pyszna rzecz pod warunkiem, że na grillu, oliwa, cząber jakiś do tego a lepiej jeszcze rozmaryn.

No to idę wieczorem na lumpy – w momencie, kiedy po sprzątaniu łazienki i gotowaniu obiadu naprawdę niewiele mi się już będzie chciało. Taki lajf.

Wtorek

2 komentarzy

Well, well, well. Moja lista spraw do załatwienia zaczyna robić się czerwona, podobnie jak rachunki do zapłacenia w grze „TheSims”. Simsy całkiem niedługo mają się odnowić i pojawić właśnie – nowe, lepsze Simsy, ale póki co, nie będę miała na takie bezabrazje kasy. Ale o czym to było? O liście spraw.

Iść do dziekanatu i kwestury.
Zadzwonić do promotorki.
Usiąść do książek.
Poprać i posprzątać.

No generalnie wiecie. Życie.

Następne, ostatnie już długie wakacje, będą za to naprawdę nicnierobiące. Może pojadę gdzieś na miesiąc? Może będę się kręcić tu i tam – nad morzem, nad jeziorem. W każdym razie będzie fajniej, bo jakoś jak dotąd, pomimo wyjazdu, nie mam poczucia, że są wakacje.

Może wyskoczę na parę dni do Załęcza? Cisza, spokój, rzeka. Byle było ciepło, bo tam jak leje, można tylko siedzieć i grać w karty. A to w końcu nie jest najlepsze z rozwiązań wakacyjnych.

Kończąc tę notkę o niczym, udaję się do kuchni, w celu poczynienia obiadu. Nie chce mi się, ale trudno :)


  • RSS