merigold blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 8.2004

Jeśli wszystko pójdzie tak, jak się tego spodziewałam, to:
1. Szafa zostanie na miejscu tylko dlatego, że nie da się jej przesunąć;
2. Mały regalik pójdzie pod drugą ścianę;
3. Biurko poleci tam, gdzie był mały regalik;
4. Skaner na stołku wyląduje pod biurkiem;
5. A komputer, pozbawiony niestety ekranu, stanie w kątku i poczeka na lepsze czasy.

Chciałabym „coś” zrobić ze skanerem, który jest mi potrzebny do paru rzeczy, ale kompletnie zawadza w pokoju. Nie wiem, co z nim będzie, bo przecież nie pozbędę się sprawnego sprzętu, ale gdyby tak można go było podwiesić pod sufitem, a jednocześnie stworzyć sobie przytulny, miły kąt do pracy… Nie wiem, na razie moje „homemaking skills” są niewielkie.

Idę.

Zmęczona

Brak komentarzy

Jestem zmęczona i mam dość. Właściwie niewiele robiłam, ale jakoś-tak źle mi, a roboty huk i jeszcze więcej, niż huk. Nie chce mi się.

Dodatkowo miła rzecz, której spodziewałam się dziś, będzie dopiero jutro. Bez sensu.

Będzie padać deszcz. Co ja zrobię z tą jesienią, jak się już zacznie.

Cóż, to jest notka z serii: marudzenie. Wiem, że marudzę, zawracam d… i w ogóle. Nic z tym nie robię.

Może jak posprzątam do końca, to mi się choć trochę poprawi. Może…

Był tłusty

3 komentarzy

Najpierw chciałam usiąść przy komputerze, ale przyleciał i siadł przede mną. Musiałam, no musiałam go wynieść, bo nie zabijam, jeśli nie muszę. I skończyły się czasy, kiedy można było prosić brata, żeby paskudztwo wyniósł. Poza tym nie miałabym co zrobić z truchłem, bo te wielkie są koszmarne.

A potem zaszarżował na mnie drugi, wielki. Przegoniłam wrzaskiem.

Komara.

No cicho jest i spokojnie, nic się nie dzieje. Wychodzę, wracam. Na krótko. Jest luz.

Może i te sny, połączone ze snami o wypadających zębach i innych dziwnych rzeczach (Babcia, ekspert od snów mówi: oj niedobrze, niedobrze) nie znaczyły nic więcej.

A dziś zaczynam przemeblowanie. Tak, znowu. Tak, robię to parę razy do roku. Tak, ostatnio było 3 miesiące temu. Nie szkodzi. Muszę się przeprowadzić (nie szkodzi, że we własnym pokoju, i zorganizować sobie jakieś fajne kąty na jesień.
Ergo: Człowiek z wiertarką potrzebny od zaraz, najlepiej udarową, bo ściany, proszę państwa, to ja tu mam ze zbrojonego betonu…

Nosi mnie dziś znów. Myślę, jak by było fajnie, gdyby zdarzyła się afera. Oczywiście nieszkodliwa – żeby nikomu nie stało się nic złego. Coś takiego, o czym opowiedzianoby mi z przedrostkiem: Usiądź, bo padniesz.

Mmm, jakaż piękna by to była afera, heca na 24 fajerki. Taka, po usłyszeniu której następuje chwila ciszy, a potem wybucha się śmiechem i chichocze, mówiąc: aaaale jazda, no tego jeszcze nie grali!

Nosi mnie.

Taki ziemniak, o którym opowiadała wczoraj Delia S., to rewelacyjna sprawa. Oczywiście programu nie widziałam, bo zapomniałam o nim, bardzo zaaferowana potrzebą szybkiego skończenia roboty.

Przecież ziemniak to jest genialna rzecz. Szczególnie pieczony z czosnkiem, cebulą, na oliwie. I z cząbrem. Albo jako aligot z czosnkiem, śmietaną, serem. Właściwie to puree, ale jakieś takie francusko niestandardowe. Albo jako kremowa zupa. Albo z masłem i koperkiem. Mniam.

Tja. To jeszcze do kompletu powinno być coś o snach. Śniło mi się mianowicie, że wychodzę za mąż, tylko zarówno ksiądz, jak i wszyscy inni mylą imię oblubieńca. Ciągle mówią: Agnieszka i Tomasz, choć on ma zupełnie inaczej na imię. A jak podpisuję akt małżeństwa, to wysiada mi długopis. Potem następny. Potem ukochany żółty pisaczek. W końcu skrobię nazwisko tym pisaczkiem, ale jest zamazane, prawie nieczytelne.

Dziś za to drugi sen z serii – wychodzę za mąż, oblubieniec ten sam, czekam przed kościołem z pastorem Andrzejem B. i jestem straszliwie rozczochrana, bo czekanie trwało parę godzin i usnęłam w samochodzie. Kościół wygląda jak katolicki, ale jest protestancki. Pastor, odziany w togę, podaje mi grzebień, rozczesuję włosy i spinam je spinką. W drzwiach kościoła rozpinam ją jednak i podaję spinkę pastorowi, on chowa ją w kieszeń togi. W połowie nawy czeka oblubieniec, ale zamiast jakoś-się-spotkać-i-pójść-dalej, plączemu się nie wiedząc, kto z której strony powinien iść. Obudziłam się.

Well. Moja babcia, lokalny ekspert od snów, nie wróży mi dobrze.

Nie, nie oglądałam wczoraj Delii Smith. Bo jak przylazłam do domu, to się zajęłam pakowaniem i przepakowywaniem spraw różnych, związanych z działalnością parazarobkową.

Para, bo zarobek to niewielki, ale zawsze coś. Odświeżywszy dawne kontakty związane z biznesem piramidkowym (ding-dong, Avon lady :P), wróciłam jakoś na ciut poważniej do tej całkiem miłej, dodatkowej działalności.

Może to i nieskomplikowane. Może mało intelektualne. Ale daje malutką, malutką kaskę i sprawia przyjemność. Bo to takie ehkhem, ekhem, różowe i pachnące. I w ogóle.

Konsultantka Avonu kojarzy się najczęściej z namolną babą, wmwiającą pierdoły i wciskającą rzeczy całkowicie niepotrzebne. Nie lubię tego określenia również dlatego, że z konsultacją ma to najczęściej bardzo niewiele wspólnego.

Jest sympatycznie. Na razie. Przynosi parę złotych na kino i kawę. Niech więc – na razie – zostanie. Nie?

W mieszkaniu panuje jakaś straszna temperatura – całe szczęście oprócz mojego zabałaganionego bez granic pokoju, gdzie można znaleźć ożywczy chłód. Chłód ten skłania mnie do posprzątania – cóż, że mam kryjówkę przed skwarem, skoro ta kryjówka ma parę wad. Należy do nich na przykład leżący na środku śpiwór. Bo tak.

Nie chce mi się nic. Gorąco. Mogłabym właściwie bez przerwy moczyć się w wannie, a jeszcze lepiej w rzece, a jeszcze najlepiej – nad jeziorem czy morzem. Sączyłabym chłodną wodę z bąbelkami, cytrynką i miętą. Czytała coś niezobowiązującego, na przykład tę powieść, którą zaczęłam, ale zostawiłam u A. Była to powieść z życia waszyngtońskich yuppies, prócz wątków erotycznych (każdy z każdym) zawierała też problematykę orientacji seksualnej, religijności i konfliktu rasowego w restauracjach amerykańskich.

Śmiechu co niemiara.

Jejku, jak ja bym chciała teraz zagrać sobie w kanastę pod drzewem. Wherever, byle nie w tym rozżarzonym, nasłonecznionym mieście…

Stukam w klawiaturę, przerabiam ostatnią stronę pracy, a potem już techniczne rzeczy – tym samym definitywnie (ha ha) skończę ją dzisiaj, przed osiemnastą.

Can’t wait.

Smutno mi ciągle z powodu Wiewióra. Bardzo chciał żyć, był ciekawski jak mały szczurek, śliczny, przytulny i mądry. Nie udało się go uratować.

Wiewiór

2 komentarzy

Umarł dzisiaj.


  • RSS