merigold blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 4.2005

Farewell ;)

2 komentarzy

Jest po północy, dzisiaj to nie pośpię. Zrobiłam świece, porządki i pranie. Spakowałam się prawie do końca. Wypiłam kieliszek wina bez kolacji i zakręciło mi się w głowie – ale już dobrze.

Nie mogę się doczekać. 5 dni z P. i całą ferajną… Pięć dni z P. – brzmi jak piękny sen.

Miłego weekendu, Kochani!

Uczyniłam dzisiaj 1 świeczkę w paski i jedną w gwiazdki. Ciekawa jestem, co z tego będzie, bo oczywiście, znając mnie, nie spodziewacie się chyba, że jestem optymistką!

Pasiasta z pewnością nie będzie się palić, a gwiazdkowata się roztopi, zapadnie, będzie miała krzywy knot i w ogóle.

Właśnie w ramach sprawdzania, czy wszystko OK, naruszyłam jeden z knotów. AAA!

Jejku, chciałabym mieć cyfrówkę i Wam to pokazać – bajzel w kuchni, pudło z rzeczami, puszki, barwniki, knoty… och :)

Mam nadzieję, że się uda jakoś niedlugo.

A paski wyszły krzywe!!!

1. Posprzątać. Odkurzyć i umyć podłogę, wywalić śmieci et caetera. I to szybko!
2. Zrobić kostki z parafiny. Albo nie robić kostek, za to chrzanić się 3 godziny z robieniem łatek w formie. Czasowo wyjdzie na to samo mniej więcej, bo co zyskam na kostkach, stracę na łatkach.
3. Odrobić lekcje, co zajmie jakieś 40h*.
4. Zrobić kolejne wielkie pranie.
5. Odwiedzić promotorkę i przekonać ją, że mój pomysł ma sens.
6. Spakować się, spakować Mims i czekać na piątek.

Jednym słowem: PANIC!!!
——————-
* Nie, nie całe, ale choćby kawałek…

Zielono się robi coraz bardziej, mam nadzieję, że temperatura wzrośnie trochę i może na Belle będzie ładnie i ciepło?

Jadę po kolorową parafinę znów, tym razem czerwona i żółta czekają na mnie na Saskiej Kępie.

Ślub w sobotę był ładny.

Nadal mi smutno, ale już trochę mniej.

Znikam, bo autobus zwieje.

Vulnerasti cor meum soror mea sponsa, vulnerasti cor meum in uno oculorum tuorum, et in uno crine colli tui.
Quam pulchrae sunt mammae tuae soror mea sponsa, pulchriora sunt ubera tua vino, et odor unguentorum tuorum super omnia aromata.

[Canticum canticorum 4, 9-10]

1. Parafina ma piękny zapach,
2. Rozgrzewanie jej ma urok alchemii,
3. Tworzenie świec jest cudownym zajęciem!

[Tak tak, mam lekkiego fioła na tym punkcie – spodziewajcie się kolejnych uwag na ten temat!]

1. Bo w sumie prawie mi lepiej, nie aż tak smutno jak wczoraj. Miałam się kurka upić z rozpaczy, ale jakoś-tak-nie-wyszło. Poza tym bez sensu pić, bo po pijaku w domu to najlepiej się gra w Simsy, a ja nie mam ich na tym samym komputerze, co zazwyczaj siedzę i gadam wieczorami.

2. Bo moja działalność ostatnia została dostarczona na miejsce przeznaczenia i doceniona radośnie ;)))

3. Bo świeci słońce, a jutro nie mam zajęć, więc nie wstaję bladym świtem. W związku z tym kto wie, wieczorem mogą wystąpić opady Warki Strong… ;)

…dostałam dymisję z Collegium. Trudno, życie płynie dalej. Cieszę się, że to się stało, ułatwiło mi parę decyzji. Może sobie pośpiewam gdzie indziej, a może nie, zobaczę.

Dzisiaj: ślub kolegi. Czekamy i czekamy i czekamy – właściwie śniło mi się czekanie. Siedziałam bardzo blisko, obok ołtarza. Oni siedzieli na pięknych krzesłach. Cała uroczystość odbywała się w ogromnym kościele – namiocie rozstawionym na ulicy. po ramionach kolegi chodziło dziwne zwierzątko – coś między gadem a ssakiem, czarne, z dużymi łapkami gekkona. Było dziwne, ale bardzo sympatyczne, aksamitne w dotyku.

Wczoraj: babcia ciężko chora, my emigrujemy do Londynu. W trakcie matka z bratem wracają, a ojciec i ja pałętamy się po mieście w poszukiwaniu umówionej kwatery. Znajduję ją w końcu przy pomocy pracownika metra, młodego Polaka. Znajduję małe dziecko i szukam jego rodziców. Dziecko jest naprawdę maleńkie, ubrane w złocisty kombinezonik, nie mam go jak nakarmić. Do kolejnej stacji metra można jechać przez Cieszyn – wystarczy wsiąść z innego peronu. W Londynie słońce i mnóstwo oryginalnie ubranych ludzi, z dredami, w indyjskich szatach albo poszarpanych dżinsach. Idąc z tym dzieckiem po peronie metra dochodzę do portowego nabrzeża. Mój ojciec gdzieś zniknął, jestem zupełnie sama.

Potem: nieistniejąca córeczka przyjaciół umiera na jakąś niewydolność oddechu. Ma pięć lat, wygląda na półtora roczku.

Dwa dni temu: śmiertelnie chora suka-wilczyca błaga o możliwość urodzenia szczeniąt. Wie, że one urodzą się zdrowe, ale ona umrze.

Ktoś zazdrości mi jeszcze snów?

Wczoraj moja maszyna powiedziała, że nie ma ochoty pracować. Mimo próśb i gróźb twierdziła, że nie posiada czegoś takiego, jak system operacyjny. Upewnia mnie to, że powinnam wykonać szybki backup różnych rzeczy, bo może mi się to niedługo przydać. Bo jeśli to nie był jedynie bad hair evening mojego komputerka?

Włączyłam więc płytę Studium Musicae Cracoviense, postawiłam na gazie garnek z wodą i puszkami kolorowej parafiny i zaczęłam topić i nalewać.

Wyszło pięć świec, cztery ładne i jedna brzydka, która pójdzie na przetopienie.

Jedna jest duża i błękitno-granatowa. Druga duża i żółto-pomarańczowa, całkiem niezła, ale wymaga drobnych poprawek. Dwie są maleńkie i czerwone, całkiem sympatyczne, trzeba je tylko oczyścić i będzie idealnie.

Było mi dobrze. Pomyślałam, że mogłabym tak częściej, że mogłabym mieć własną kuchnię, a w niej duży drewniany stół, na którym kładłabym gazetę i obrabiała swoje świece. W kuchni stałby odtwarzacz nieduży i grał dawne pieśni i tańce, a ja bym sobie podśpiewywała i odprawiała swoje malutkie alchemie.

Czyli tak samo, jak wczoraj wieczorem, tylko u siebie.

A teraz idę wstawić obiad do piecyka. I do apteki i do jednego sklepu albo dwóch. Life


  • RSS