merigold blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 6.2005

…dwa dni temu minęły dwa lata odkąd istnieją Notatki Merigold.

Nie wiem, czy z tej okazji czynić podsumowania jakieś, może drobne i powierzchowne. Każde bowiem podsumowanie jest ok, jeśli nie występuje z okazji Sylwestra*. Alors:

1. nie jestem rozsądniejsza, niż wtedy,
2. ani bardziej samowystarczalna,
3. ani niezależna.
4. Jestem jednakże nieco szczęśliwsza chyba,
5. bardziej świadoma, czego chcę,
6. a także, czego nie chcę.
7. Umiem robić świece,
8. badania socjologiczne,
9. śpiewać parę szesnastowiecznych piosenek.
10. Last but not least, nadal pozostaję w szczęśliwym związku z mądrym i dobrym mężczyzną.

Całkiem nieźle, jeśli wziąć pod uwagę, że dzienniki miewają niekiedy funkcję pomocy w samodoskonaleniu. Oczywiście, taka funkcja nie przyszła mi nigdy do głowy – w chwilach zachwytu nie uważam, żeby jakiekolwiek samodoskonalenie było mi potrzebne, w chwilach depresji natomiast, żeby było choćby możliwe.

Z powyższej okazji życzę Państwu cierpliwości, a sobie życzliwości (Państwa, rzecz jasna!) :)

________________
* by Lunia.

Sny i jawa

Brak komentarzy

Człowiek spodziewałby się, że niektóre rzeczy są indywidualne – że istnieje jedna osoba, która śni i przeżywa coś na jawie, na przykład rozpacz we śnie jest tak silna, że budzi się z płaczem. Nigdy tak nie miałam – do dnia dzisiejszego. A dziwności, śniące mi się dziś (na przykład elektryczne owady, gryzące B. i mnie w palce, gigantyczny dom jakichś Amerykanów z piętnastoma sypialniami, swoisty LARP w tym domu i tajemnicze, półbuddyjskie kapłaństwo rudego amerykańskiego Irlandczyka) zasługiwały na obudzenie się z tego snu z myślą: no wszystko dobrze, ale gdzie będziemy spać? I czemu jestem tak zdyszana, choć tylko śniła mi się ucieczka przed wampirycznym psychiatrą z Bostonu?

Świece nadal składają się z konwencjonalnych składników. Życie jest piękne. Sny są urocze. Szkoda, że jawa mniej – idę dziś do profesorki, żeby ugadać ją na przepytanie mnie ustnie, zamiast skazywania na pisemny test. Hm.

Wstałam o dzisiątej, prosto w awanturę. Staram się nie słuchać, nie słyszeć, nie ma mnie tutaj, jestem zupełnie gdzie indziej. Ruki pa szwam, spuszczam wzrok, przybieram wygląd lichy i durnowaty.

Idę na egzamin. Ktoś mi życzy powodzenia. Odpowiadam, rzecz jasna, nie dziękuję. Po co? Jeśli podziękuję, czeka mnie kazanie na temat popularnego studenckiego przesądu. Nie chce mi się słuchać po raz tysięczny.

Śnił mi się drugi raz ten sam sen. Sen o relikwiach jakiejś świętej, zakonnicy, której ciało nie zmieniło się po śmierci. Leży teraz zawinięta w granatowy habit z aksamitu, wyszywanego złotem. W takim samym habicie chodzi przełożona klasztoru, w którym jestem jako świecka sprzątaczka. Jadę do Krakowa, J. dzwoni do mnie i każe znaleźć jakiś film, przeszukuję bazę danych i udaje się po bardzo długim czasie. Kolejka do L. jedzie powoli, wagoniki otoczone balkonami, na których można siedzieć na maleńkich ławeczkach. Siadam więc i rozkoszuję się wiatrem. Wokół mnie złociste pola. Szukam czegoś, znajduję dziwne kwiaty.

Hmm

1 komentarz

No i nie zakończyłam jeszcze sesji – mam poprawkę, którą się nota bene wcale nie przejmuję. Bo co tu się i przejmować? Poprawka z istoty swojej nie jest ustna, ale postaram się mieć ustną, jakoś tak wolę. Większość ludzi, o dziwo, woli pisemne – może stres mniejszy i bardziej to przewidywalne, ale jest de facto trudniejszy.

Idę do biblioteki zatem i po wpis. Powieszę tylko pranie, ogarnę się i już mnie nie ma.

Pola Mokotowskie to bardzo fajne miejsce. Można na nich na przykład siedzieć i popijać piwko, gapiąc się w ciemną przestrzeń i gadając. O różnych rzeczach, nie tylko o elementach Maryni.

A sny męczą ciągle, bez przerwy. Śni mi się mój dyrygent, koledzy, śni mi się muzyka i śpiewanie.

…została, mam nadzieję, zakończona. Obawiam się jednak, że będzie coś do powtórki za dwa tygodnie, dzięki czemu dostanę lepsze stopnie i pójdę na specjalizację szkoleniową.

A wieczorem idę na piwo z przyjaciółmi do jednej z ulubionych warszawskich moich knajp. Piwo rozwadniają tam wprawdzie, ale odkąd zrobiłam o to awanturę[1], to jakoś dostaję nieco lepsze piwo, mniej wody.

[1] Tak tak, awantura oznaczała powiedzenie cichym i nieśmiałym głosikiem jednego zdania. Ale kiedyś, och kiedyś nauczę się robić piękne i soczyste awantury, z wrzaskami, tłuczeniem talerzy[2], trzaskaniem drzwiami i oknami.

[2] Hipermarkety idą mi w tym względzie na rękę, mając w ofercie wiele marnej jakości talerzy na wagę. Taniej wychodzi i nie szkoda tłuc szkaradzieństwa.[3]

[3] Co ja bym w życiu zrobiła bez mojej ukochanej autoironii :)

Jest to najprostsza teoria psychologiczna, o jakiej słyszałam. Frustracja powoduje agresję. Koniec, kropka.

Frustrację może powodować wiele czynników, na przykład niepowodzenia, kolejne niepowodzenie i jeszcze nowe niepowodzenia. Brak poczucia wpływu na swoje życie. Choroba. Warunki zewnętrzne. Na przykład hałas. Hałas, łomot, hurgot, wrzask, śmiech, krzyki, jęki, dźwięki związane z odczuwaniem satysfakcji seksualnej.

Wiecie, co może emitować tyle dźwięków w ciągu kilku minut? Odpowiedź jest prosta: Telewizor.

Dlatego właśnie wczoraj wieczorem, w ramach realizacji teorii frustracji-agresji miałam ochotę wybić pół rodziny.

Uch!

3 komentarzy

Notka o megadołku poszła na grzybki, skasowała się sama, więc jej nie bedzie. Dołek też jakby mniejszy ciut, może odpoczywam, a może po prostu mam wszystko gdzieś?

Piwka mi się chce, takiego gorzkiego i zimnego, ale żeby było prawie bezalkoholowe, tak max 1,5%… Jest coś takiego?

Gdybym zniknęła dzisiaj, nikt by nie zauważył. To ewidentny Dzień Tysiącdolarówki, © by Daniel Underwood. Dam Ci nowiutką, szeleszczącą tysiącdolarówkę, jeśli zadzwonisz i mnie stąd zabierzesz – telepało mi się po głowie przez calutki dzień.

I nikt nie zadzwonił, co zresztą jest regułą Dnia Tysiącdolarówki.

Jak znam swoje możliwości, megadołek zakończy się pewnie tfurczością świecotfórczą i tyle tego będzie. Dobrze, że nikt nie oglądał ostatnio moich świec, bo taka w paseczki miała krzywy knot i polała się bardzo artystycznie, ale mało profesjonalnie.

Cóż, mam nauczkę, następne paseczki będą o niebo lepsze! :)

Truskawki

Brak komentarzy

Tak tak, cały czas jem truskawki. Na śniadanie był koktajl truskawkowy, słodki i pyszny. Na lunch, bo pora już lunchowa, miska truskawek. Na kolację zapewne znów będą truskawki, bo niby czemu nie? I teraz są już te duże, soczyste odmiany, słodkie i puchate.

Chciałam o czymś jeszcze napisać, ale zapomniałam na amen. Idę na balkon, na chwilę św. Spokoju i wracam udawać, ze uczę się psychometrii.


  • RSS