merigold blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 1.2006

Nno więc tak: skarpetki uprane, bielizna uprana, szuflada opróżniona, 15 kilo śmieci wyniesione, książki jeszcze nie posegregowane, ale będą. Sprzątam. Wyjątkowo z własnej woli i ochoty, wyjątkowo dokładnie, spokojnie i metodycznie. Słuchając radia. Zastanawiając się, jak uruchomić odtwarzac CD (coś jest nie tak, nie czyta płyt i nie wiem dlaczego, boję się czyścić laser bo nie wiem jak. A „czyszczącej płyty” nikt ze znajomych nie ma. A ja nie mam na nią 50 peelenów.

Dawno nie poruszane wątki oniryczne: dzisiejszej nocy urodziłam córkę. Maleńką jak lalka, śliczną małą dziewczynkę. Położyłam ją w łóżeczku po moim bracie, białym drewnianym łóżeczku. Potem natomiast byłam czarownicą w kontekście Harrego Pottera. Voldemort porwał moją znajomą, siedemnastoletnią Zojkę, a Kingsley Shacklebolt paskudnie się spóźniał. Voldemort ukrył się w kontakcie elektrycznym. Tworzyłam patronusa, a mój patronus był przezroczystym tygrysem. A potem musiałam to wszystko wytłumaczyć U., przyjaciółce mojej rodzicielki.

Wracam powoli do sprzątania, trzeba powiesić skarpetki. Między innymi. W sumie szkoda, że nei ma na to jakiegoś małego, pożytecznego zaklęcia.

Dziwnie jest, jak P. wyjeżdża od siebie. Jakoś pustawo, choć przecież na codzień tak jest. Ale ta pustawość jest inna.

Mam wolny wieczór. Popołudnie spędzę nad skryptem pewnie, a wieczór – świece? A może wreszcie wiklina papierowa? Chociaż w sumie papierową mogę robić zawsze, a świece wymagają pewnej uwagi. To może lepiej świece. Mam jeszcze trochę parafiny, świeczki resztkowe zazwyczaj wychodzą fajne.

Rozważania bez celu i sensu. Chciałam jechać do BUWu, ale nie pojadę w sumie, nie mam ochoty wychodzić na dwór, gdzie wilgotny chłód przenika do szpiku kości.

Włączę sobie jakąś miłą muzykę, pozgarniam trochę i poczytam. Będzie dobrze. Musi być.

Dziennikarze sportowi w Polsce to ludzie, którzy muszą posiadać wyjątkową odporność psychiczną. Jednak za kazdym razem entuzjastycznie opowiadać o spodziewanych sukcesach naszych reprezentacji, a potem tłumaczyć publiczności, jak i dlaczego reprezentacja po raz kolejny dała z siebie wszystko i niczego nie osiągnęła…

Ja bym tak nie umiała :)

Zamarzł kran, taka jego mać!
Nie ma gdzie rączek sobie prać!

Serio serio zamarzły nam dwa krany; dziwnie jest myć zęby w kuchni. Wszyscy hydraulicy Ursynowa modlą się serdecznie, żeby nic nie popękało, bo wtedy zamiast 100 zgłoszeń dziennie będą mieli tych zgłoszeń 500 i chyba wtedy nie wyrobią; oczywiście przy założeniu, że teraz wyrabiają :)

Poza tym względna norma, pieniędzy nie ma, świece się palą, chodzę w dwóch swetrach, słucham muzyki. Uczyć się trzeba, niedługo egzamin. Jak ładnie pali się czerwona świeczka w granatowym, wegierskim świeczniku. Aż żal, że wtedy w Budapeszcie nie kupiłam sobie więcej tych cudnych skorup, tylko miskę i świecznik. No ale to nauczka na przyszłość: w podróż trzeba zabrać mało rzeczy i dużo pieniędzy, bo kto wie, gdzie drzemie piękna ceramika, której nie będzie potem za co kupić i gdzie zapakować ;)))

…ale wieści jakby lepsze, od jutra ma się poprawiać pogoda, robić się cieplej itepe.

Wywłoka, zwana niekiedy Kundlicą, Tym Potworem albo Nuczką Psiuczką dobrała się do wędzonego boczku, który nieopatrznie zostawiono na blacie kuchennym. Ale mróz taki, ze i dziwić się jej ciężko.

Z niusów… właściwie brak niusów, trochę mi lepiej na świecie. Zrobiłam ładny lampionik z serduszkiem, spać mi się chce strasznie, bo mróz i zjadłam obiad. Takietam. Względna norma. Herbata, świeczka i da się żyć. Wieczorem zgram sobie nowe płytki i będzie fajnie.

Dwa swetry, rajstopy pod spodniami, skarpetki, szalik, na głowie ciepła opaska. A jeszcze dziś rano można było się przytulić i mając takie dogrzewanie niedaleko człowiek czuł się nieco cieplej.

[...] – tu miały być brzydkie słowa, ale nie zamieszczę, bo filtr Mamofyen przestanie przepuszczać mojego bloga ;)

Była imprezka, było robienie lampionika na konkurs (zdjęcia będą, ale potem), ściąganie muzyki, gadanie o rzeczach ważnych i nieważnych, czytanie komiksów i książek, gotowanie. Spacerów i zwiedzania nie było, bo kto by wychodził w taki ziąb. Powrót do rzeczywistości – egzamin, rozmowa z promotorką. Będzie dobrze. Niech no ja się tylko wygrzebię z tego dołka.

Ale extended weekend był wspaniały. I o to chodziło ;)

Wyspałam się. Spokojnie i na luzie. Wypiłam herbatę, P. drzemał jeszcze. Zrobiłam śniadanie, P. złożył pościel. Napisałam listę zakupów i poszłam do fundacji. Teraz P. walczy na Ursynowie z rozbieraniem choinki, ja drukuję raport i poluję na członków zarządu, którzy mają mi go podpisać.

Lubię takie życie. Takie wspólne. Takie razem. Takie normalne.

Pominę opis wstawania i wleczenia się pod prysznic, bo popłaczecie się z żalu. Ale takie na przykład siadanie do komputera. Najpierw włączyć kompa i udać się po kawę. Wrócić. Zapalić świeczkę w podgrzewaczu (nadal tym improwizowanym, prowizorka trzyma się najdłużej), postawić na nim kawę. Krótka refleksja o tym, że nie mam podgrzewacza na USB, poza tym podgrzewacze na USB nie świecą tak ładnie, więc po co mi taki. Komputer się włącza, po dłuższej chwili. Prasówka: parę newsów z gazeta.pl, szybkie przejrzenie trzech ulubionych forów (szybkie, bo tylko trzech, wszystkich ulubionych jest osiem, w tym trzy rękodzielnicze, dwa kuchnne, dwa związane-z-działalnością-powiedzmy-że-zarobkową oraz jedno całkowicie towarzyskie). Kawa się kończy. Logowanie do poczty całkowicie prywatnej (z loginem „merigold” znaczy się) imieniem i nazwiskiem, oczywiście login nie wchodzi a ja się zastanawiam, dlaczego. W trakcie udało mi się włączyć Worda i wyciągnąć tekst umowy finansowej z jednym z programów wspólnoty europejskiej z beneficjentem, którym poniekąd jestem. A raczej w którego skład wchodzę.

Jeszcze jedna kawa i można zacząć pisać.

No, prawie. Obrobiłam zdjęcia. Ale jeszcze nie opisałam ani nie wybrałam. Nic nie napisałam. Napiszę dopiero.

Mam dość, MUSZĘ wieczorem porobić jakieś pierduły, świece poobrabiać, może zrobić jeszcze ze dwie, może trzy.

Nosi mnie.

Śpi

Brak komentarzy

Jest taka śliczna. Śpi z łapką pod pyszczkiem, uszy kłapciate otulają łebek, oczka zamknięte. Te łapeczki cudne, nosek jak czarny węgielek, łatki na łacie.

Moja psinka.

_-_-_-_-_-_-_-_-_-_-_-_-_-_-_-_-_

Wieczorem siadam do świec. Wreszcie.


  • RSS