merigold blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 2.2006

Od trzech dni mi zimno. Zimno ciągle i stale, bez względu na ubranie. Tylko bym się zakopała pod kołdrą i przytulała i trwała tak, po prostu.

Mam robotę. Na dziś do wykończenia. Na wieczór. I tak, nie zajrzałam do niej nawet, trudno, zajrzęp o południu, może jakieś 3-4 godziny mi zajmie.

A notka motylej zainspirowała mnie do stwierdzenia, że takoż szukam dziury w całym. Głupie to w moim przypadku wyjątkowo, ale co ja zrobię, że nie mogę uwierzyć w to, ze wszystko jest i będzie w porządku.

Bo przecież jest dobrze i będzie jeszcze lepiej, część strachów znika, coraz większa część, ale nie wszystkie i wiem, że jedynym problemem jestem ja sama. Tja. Dziś do doktora, na konsultację i po dried frog pills. Albowiem Dried frog pills, the cure for all the ills. Dziennik wariata, z depresją czy bez, nieprawdaż?

Ale przecież powietrze pachnie już prawie jak wiosna a wróble ćwierkają jak szalone. Mewy wróciły nad Wisłę – czyli nie jest już tak straszliwie zimno. Może się ociepli choć trochę. Może napiszę magisterkę. Może się uda. Może pojadę w podróż. Może przyjdą ciepłe dni i można będzie siedzieć i spać nawet przy otwartym oknie.

Gotują się kluski na makaron z sosem brokułowo-serowym. Miało być mięso, ale nie umiem brać do ręki surowego mięsa. Gdybym żywiła się sama, byłabym zmuszona zostać wegetarianką…

Siad!

Brak komentarzy

To pierwsza komenda, jakiej nauczyła się w szkole Nuka, zwana Wywłoką, Małą Czarną lub Potworem.

Pani trenerka jest ciekawa, energiczna i żywa, bardzo profesjonalna. Powiedziała dużo mądrych rzeczy.

Nuka przecudownie siada. Ślicznie i wdzięcznie, lekko jak dobrze wychowana panienka. Jestem z niej dumna ;)

…i ani jednego pączka. Ani jednego faworka. Ani nic, co by je przypominało.

…na nowo podlinkowane linki. Nie różnią się niczym, ale – czytam coraz więcej blogów! Czy to choroba, czy może norma? ;)

… to dr Paweł Rabiega jest najlepszym wetem wszechświata. Jakoś ta wiara towarzyszy mi odkąd zaczął się zajmować Nerem. Z Nuką są sprawy szczenięce – szczepienia, wychowanie, krzywe ucho, odrobaczanie itepe. Ale z tego, jak się troszczył o Nera, pamiętam jak bardzo jest niesamowity, spokojny, kompetentny, pewny. Jakoś tak mnie naszło.

Dziękuję, Doktorze.

I taką jestem dziś ludzką pchełką w pudełku. Wywłokę, zwaną Nuką lub Małą Czarną, będzie się szkolić. Bezmyślnie klejona Podstawka Do Koszyczka sprawiła, że zmarnowałam parę wiklinek papierowych i kawał porządnego bardzo, grubego kartonu (ostatnio „papierowa wiklina” to główne wyrażenie wyszukiwawcze, z którego ludzie wchodzą na tego bloga). Świeca czerwona pięknie się pali. Czytam Przed Bogiem – wywiad-rzekę ze Stanisławem Obirkiem i to fajna książka. Palę sandałowe kadzidełko. Klimat, nie?

Poza tym parlament zostaje i nie wiem, czy to dobrze, czy źle. Poza tym przeczytałam ciekawe, malutkie opowiadanko znajomego i jak znajomy opowie się za upublicznieniem bloga, to podlinkuję. Poza tym… no właściwie JESTEM, jak napisałam kiedyś o sobie i to mi chwilowo wystarcza. Jutro będzie musiało przestać wystarczać.

A, i znalazłam 300 cm2 papieru ściernego, co mnie cieszy. I to by było chwilowo na tyle ;)

Kofeinka na ziewanie. Coś marna, bo z granulek ta kawa, ale trudno. Chyba się rozpuściłam jak dziadowski bicz; kiedys kawa z granulek była najlepsza na świecie, a ta z ekspresu gorzka i niedobra. Teraz odwrotnie – granulki kwaśne jakby, a kawa z ekspresu to marzenie. Gęste mleko do niej i odrobina cukru, a może nawet łyżka bitej śmietanki?

Więc ziewam. Zieeeeew. Obiad trzeba zrobić, w tym celu gotując pół kurzej piersi w warzywach, kaszkę mannę na powstałym w ten sposób cienkim rosołku, obierając i gotując ziemniaki, smażąc mięso. Bo obiady mają być dwa – jeden dla chorego, jeden dla zdrowego. Zieeeew.

Znów koszmarne sny. Masakra jakaś, nawet nie będę cytować, bo może niewinne dzieci czytają.

Od piątku do niedzieli Trzy Dni Spokoju. Z P. oczywiście. Karty, filmy, dobre żarcie, święty spokój, gadanie o różnych rzeczach. Tak tak.

Koszyczek zrobiłam, straszliwie koślawy. Nic to, to pierwszy koszyczek, pomaluje się go. A za parę dni będę miała rameczki do zdjęć do decoupage. Wreszcie ;)

Droga Martho, jak wyprać wykładzinę? A w szczgólności: jak to zrobić, kiedy ciągle po głowie plącze się sen, w którym zmartwychwstałam i bałam się wrócić do grobu, a przecież musiałam to zrobić. A potem ktoś polecił mi utopić kilkuletnie dziecko w wanience. Że co? W sensie że? WHAT THE HELL?

Owszem, był też element polityczno-przyszłościowy w tym śnie – uczestniczyłam, jako to zombie, w pogrzebie tragicznie zmarłego Andrzeja Leppera.

A więc, dear Martha, jak uprać tę piekielną wykładzinę w takich warunkach? I jak sprawić, żeby połowa rzeczy zniknęła, zdematerializowała się – kiedy nie wiadomo, która połowa powinna to zrobić?

Wiem, że jestem zdrowo rąbnięta. I wiem, że i tak mnie lubicie ;)))

1. Zimno jest! Brrr!
2. Spać mi się chce! (Choć nie powinno)
3. Muszę iść do sklepu po dwa udka kurczaka, włoszczyznę (Jak byłam mała, to mi się wydawało, że to ma jakiś związek z włosami i zastanawiałam się, dlaczego) oraz kaszkę mannę. Dobrze, ze w tym sklepie jest też czekolada, mam przynajmniej troche motywacji ;)

W poniedziałek egzamin, nie wiem nic na temat egzaminacyjny – a raczej wiem, ale niewystarczająco. Spać!

No dobra, koniec jojczenia, za tydzień będzie fajnie ;) Hm, nawet niedługo będzie fajnie, jak tylko będę PO egzaminie. I po monstrualnym, wielowątkowym praniu. I będę mogła sobie poczytać.


  • RSS