merigold blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 4.2006

Tak tak, ledwo wstałam, uderzyła mnie Wiadomość Straszna o zepsutej pralce. Pralka przecieka malowniczo. Udałam się więc do J. i wrzuciłam swoje przedwyjazdowe pranko do jej pralki – solidnej, starej pralki z okienkiem, ktora nie miewa takich fanaberii jak moja dziś.

Następnie Przystanek Koszulki (mam dziś ochotę na Wielkie Litery I Będę Je Pisać). Przystanek Koszulki charakteryzował się tym, że tym razem były gotowe i czekały na mnie w kartonie. Karton wymagał tragarza, ale co – JA sobie nie poradzę? To przywiozłam koszulki. Są… nie takie ładne, jak się spodziewałam, ale ładne.

A teraz trzeba wziąć Czerwony Odkurzacz i Odkurzyć Mieszkanie. Następnie spróbować się spakować w Plecak. A następnie udać się do Szkoły.

Tylko posłucham sobie Piosenki. I już idę Odkurzać. Howgh.

Fusion

2 komentarzy

Barszcz po meksykańsku jest moją autorską potrawą. Oczywiście dlatego, że nie cierpię barszczu i chciałam w jakiś sposób uczynić go bardziej jadalnym.

Bierze się barszcz. Gotuje mu się fasolę. Miesza się odcedzoną fasolę (najlepiej czerwoną, dziś jest czarna) z barszczem. Miksuje troszkę, żeby było mętne, ale żeby pływały w nim ścinki buraka i całe fasolki. Doprawia się gałką muszkatołową i cayenne. Spożywa się. Mniam.

Ryż przygotowywany na pilaw stał się natomiast dość egzotyczną potrawą, której nazwy nie ma. Pilaw winien wszak mieć w sobie baraninę (lub resztki pieczonej jagnięciny ;))) – a ten twór nie ma. Twór pachnie zachęcająco włoskimi ziołami i czubrycą, a na jego wierzchu pysznią się plasterki serka. Nie wiem, czy to będzie jadalne. Zobaczymy.

1. Przerobić zupę,
2. Odgrzać mięso,
3. Kupić bratki,
4. Wysłać grafiki,
5. Iść do szkoły,
6. I do lekarza,
7. Upiec grzanki,
8. Nie zwariować.

Nuka, zwana także Jej Długością, modli się do piłki leżącej na regale. Drugą, małą piłkę wrzuca co chwilę za tapczan, żeby jej wyjmować. Coś jeszcze? Ktoś jeszcze?

GW nie zamieszcza artykułów z Dużego Formatu na stronie, jak to robiła jeszcze dwa tygodnie temu. Przynajmniej nie w poniedziałek. I żeby przeczytać o fali w Pogotowiu Opiekuńczym i o Radiu Maryja muszę iść do kiosku i wydać złoty pięćdziesiąt. Zasadniczo i tak miałam iść do kiosku.

Kawa rozpuszczalna nie działa. Przykre to, ale prawdziwe – jestem tak samo nieprzytomna jak przed kawą.

Kupiłam sobie wisiorek. Jest dość obrzydliwy, ale miałam na niego ochotę. Kiedyś pójdę do jubilera i każę sobie zrobić takie samo, ale z prawdziwego srebra.

Poniedziałkowa porcja JoeMonstera zawierała nieskoordynowane przemyślenia, opisane jako wytwór mózgu na potężnym kacu. Dziwne, zdarza mi się pomyśleć takie rzeczy całkowicie na trzeźwo…

Piszę – czytam. Piszę zamówienie, czytam blogi, zastanawiam się nad możliwościami i perspektywami. Myślę. Szacuję. Kombinuję.

Na biurku koperta z lubelskiego hospicjum dla dzieci. Swój 1%, choć żałośnie marny, przekażę warszawskiemu hospicjum. Spotkałam ich rok temu. Jak będę naprawdę bogata (he he he) i mój 1% będzie cokolwiek znaczył, to też będę im przekazywać.

C. zachwyca frazą, klimatem – zaniosę sobie w dzień jedno zdanie, będzie mi się plątało po głowie i sprawiało niekłamaną frajdę swoją lekkością i smakiem.

Dziób suchy, mimo kremu; im bliżej trzydziechy, tym gorzej. Pora na krem przeciwzmarszczkowy, he he. Już jeden dostałam od ciotki, od tej samej, która na moją opowieść o właśnie zaistniałym w moim życiu P. odrzekła Ty jesteś taką miłą dziewczyną, szkoda, że Ci się życie nie ułożyło. Więc ta ciotka dała mi krem przeciwzmarszczkowy na gwiazdkę, razem z budzikiem – reklamówką jakiejś księgarni wysyłkowej i długopisem w kształcie stylizowanego gęsiego pióra – reklamówką innej księgarni wysyłkowej.

Piesa, zwana jak wiecie Nuką, Wywłoką, Małą Czarną albo Ty Cholero Jedna wrzuca piłkę pod biurko, a potem kładzie się i szczeka – na to szczekanie należy wstać od biurka, zanurkować pod nie (a jest to solidne, ciężkie biurko z lat 50tych najpóźniej) i wydobyć panience piłkę.

Iść do kina czy nie?

…obiecywałam sobie, że nie będę więcej orgować? Bo człowiek się denerwuje, ma dodatkową robotę, myśleć trzeba, kombinowac i kalkulować. Ale z drugiej strony radocha z tego jest ogromna i wspaniała. A jak jeszcze ktoś powie „dzięki, narobiliście się, było fajnie” – to już po prostu jest super.

Z innych niusów: Piszę sobie pracę powolutku, M. wychodzi za mąż we wrześniu, zbliżają się zmiany i zmiany i zmiany. Mam nowe spodnie i nową płytę (Rubikon Rubika).

No i git, wiosna przyszła, świeci słońce, da się żyć.

…życzę Wam dużo miłości.

Spędziłam święta dziwnie – trochę miło, trochę smutno. Było dobre jedzenie i niezła pogoda, obejrzałam świeże freski Maśluszczaka w kościele Wniebowstąpienia na Ursynowie (nie dla mnie – Maśluszczak nie powinien malować stacji Drogi Krzyżowej, bo jego stylistyka nie nadaje się do tego; ponadto nie zachował żadnej konsekwencji działania i w efekcie freski są zdumiewająco słabe. To dobry malarz, tak w ogóle, ale to mu się nie udało).

Poza tym pierwszy raz od dawna-dawna nie graliśmy w scrabble w święta. Takie rodzinne rozgrywki zawsze strasznie lubiłam, frajda to była niezmierna. Wygrywałam czy przegrywałam – nieważne; ważne było to, że świetnie się bawiłam. Teraz nie graliśmy w scrabble i pewnie już nie będziemy.

Spędziłam święta lawirując pomiędzy rodziną, rozwalającą się ostatecznie, czy może już rozwaloną. Ciężko mi było i jestem straszliwie zmęczona emocjonalnie.

Z rzeczy przyjemnych: jutro jadę kupić sobie spodnie. Piękne, nowiutkie dżinsy s KappAhla. Mniam.

Święta

3 komentarzy

Są po to, żeby człowiek mógł odpocząć po przygotowaniach do nich.

Wczoraj wykonałam wielką robotę – mycie okien, sprzątanie galeryjki, zakupy częściowe, przygotowanie pralki do wyniesienia, coś jeszcze – nie pamiętam.

Dziś zakupy większe, dobrze, ze z A. – poszło dość sprawnie. Sprzątanie jeszcze jakieś. Wizyta u ciotki, krótka. Prasowanie. Coś jeszcze. Psa się nie prało dziś, upierze się bydlątko jutro dopiero. To będzie pierwsza kąpiel panny Nuki, zwanej Wywłoką oraz Małą Czarną ;)

A w tiwi Przeminęło z wiatrem – właśnie chwilę temu była Ta Scena Na Balu Dobroczynnym. I ona zatańczyła, frunęła przez salę w żałobnej sukni i welonie. Mrrrrrrrrrr mrrrrrrrrrrrrraf… (Tak, widziałam ten flim osiem czy dziewięć razy; zobaczyłabym i dziesiąty, gdybym nie była teraz zajęta; poza tym do tego filmu nie przystępuje się z marszu, trzeba się przygotować). I tak, mówię to całkowicie poważnie.

…już za krótki momencik dostanę cholery, zwariuję, wymorduję wszystkich i zamkną mnie w pierdlu. Albo w wariatkowie, wszystko mi jedno. Byle dalej. Byle tylko dalej.

Niby dziś cieplej i to się chwali – zaraz pójdę z psem w lekkiej kurtce – ale oprócz tego jest nadal wesoło.

Po tygodniu iście rajskim ciężko wrócić do codzienności. Niby wszystko ok z pozoru/początku, ale po chwili z większą wyrazistością widzisz podskórne konflikty, niezrozumiałe słowa, żale, ból, smutek, samotność. One były i są jakie były, ale przez parę dni z daleka, kiedy funkcjonowałeś/aś na innym poziomie świadomości (ciepło-dobrze-bezpiecznie), odzwyczajasz się i de facto czujesz je boleśniej.

Podłoga posprzątana. Walizka rozpakowana. Oko Proroka wisi na tablicy i czeka na cienki rzemyk. Herbata pachnie. Blogowo-newsowe zaległości odrobione. Z głośnika, bez a propos, płynie Hark, the Herald Angel Sing w wykonaniu Sinatry. Wiem, że to nie te święta.

Nuka, zwana Wieloma Imionami, patrzy w okno, a jej oczy lśnią bursztynowo.


  • RSS