merigold blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 5.2006

Gazeta.pl
Joemonster.pl
Pudelek.pl

No comments ;)

Yez, yes, yes – zakrzyknęłabym jak premier Marcinkiewicz. Wykonałam ważny telefon – bezskuteczny, ale pożyteczny. Mogę ruszać dalej.

Co by tu dzisiaj wyrzucić? Wiem, plastikowe pędzelki i niepiszące długopisy. I jeszcze uporządkować trzecią i czwartą szufladę szafki. I cośtam jeszcze, chwilowo nie pamiętam. I przygotować katalogi. I w ogóle. Idę działać. I niech mnie ktoś popodziwia ;)))

Skoro mam do dyspozycji dvd, to mogę teraz nabyć sobie potworną ilość płyt i udać się do miłych przyjaciół w celu skompletowania wszystkch możliwych odcinków:
- Przystanku Alaska,
- Przyjaciół (wersja oryginalna),
- Gotowych na wszystko,
- I czegoś jeszcze, ale nie pamiętam czego.

Poza tym oświeca mnie w wielu innych sprawach, ale to na dłuższą rozmowę. I po raz któryś widzę, że dla zachowania poczucia bezpieczeństwa mózg jest w stanie wyczyniać przedziwne rzeczy, serio! Zapominać, stwarzać fałszywe wspomnienia, sny i wrażenia. Jestem pełna podziwu dla własnego mózgu.

Podziwiam też Państwową Wytwórnię Papierów Wartościowych za wydrukowanie banknotów pięćdziesięciozłotowych, które nie rozpuszczają się w wodzie z dodatkiem proszku do prania i płynu do płukania o zapachu lawendowym. Banknot taki uprałam wczoraj w kieszeni dżinsów i jest tylko trochę zmięty.

Idę naprawiać swoje życie.

Wyrzuciłam już nawet – o zgrozo – list miłosny otrzymany w piątej klasie szkoły podstawowej. Nigdy nie lubiłam tego kolesia. Przypuszczam, że zamieszkuje teraz jakiś państwowy zakład dla osób notorycznie mijających się z Prawem.

Wyrzuciłam też zylion innych rzeczy, kopy pirackich kaset (nie wszystkie, ale nie wymagajmy za wiele; nie mogłabym wywalić wszystkich).

Nuczka chodzi, biedna, z ewidentnymi objawami pierwszej w już nieszczenięcym życiu cieczki. Sprzątam podłogę. Psy jeszcze nie pielgrzymują do nas, jakie to pozytywne.

Chciałabym jeszcze wyrzucić trochę książek, ale oczywiście nie można wyrzucić książki; może opchnę towarzystwo na allegro. Chyba, że ktoś reflektuje na zestaw lekkich ćwiczeń gramatycnych i słownikowych 30 activites pour 30 jours des vacances, pardon my french.

Dużo.

2 komentarzy

Dużo myśli i dużo spraw rozmaitych. Benedetto mnie zachwycił, zarówno łagodnością i skromnością, jak i klarownie formułowanymi myślami, odnoszącymi się w sposób bezpośredni do życia w Polsce.

Prezydent mnie nie zachwycił, wręcz przeciwnie.

Zbudowałam sobie parawan z bambusa. Kupiłam (na dwa razy, bo nie przewidziałam potrzeb bambusowych) dwa długie kije, kazałam je sobie przyciąć, powiązałam to sizalowym sznurkiem, powiesiłam chustkę indyjską i stwierdziłam, że jest piękne. A na dodatek samo stoi, co mnie niezmiennie od kilku godzin zachwyca.

Dostałam też pluszowego szczurka, jest śliczny. I cztery koszyczki z jasnej wikliny, też śliczne są i już stoją napełnione flamastrami, błyskotkami i Rzeczami Które Są Drobne I Nie Chcę Ich Wyrzucać.

Generalnie – idzie ku lepszemu ;)))

Znów zabolało, znów za cicho, za duszno, nie wiem co i którędy, nie mam jak żyć (głos-z-tyłu-głowy rży że kicz, że jak można, że ile masz lat, kobieto, takie teksty to szesnastkom przystoją, nie tobie).

Dobrze, że deszcz już nie pada, że jaśniej, że za godzinę będę gdzie indziej, gdzie mój cień do powiek, spódnica czy spodnie, buty które, po co się zastanawiam, skoro będę siedzieć na podłodze i gadać o demaryni, ale nie wystarczy mi dzisiaj biała koszulka, nie chcę w niej chodzić, nienawidzę białych koszulek. W ogóle t-shirty to jakaś tortura jest wizualna, wyglądamy w nich jak ludziki lego, zuniformizowani, identyczni, bezpłciowi. Więc żelazko i prasujemy, brązowe czy czarne, a może pistacjowe, nie, jednak brązowo-czarne.

Zdjęcia człowieka-którego-nie-widziałam-od-roku znalazłam, po co ja to oglądam, po co się katuję tęsknotą za ludźmi, których widywałam co tydzień, ale z dogadywaniem się nie miało to absolutnie nic wspólnego? No po co? I nie ma jak oddychać nawet, bez sensu. A jednak się kręci, a jednak tęsknię, za rytuałem, spokojem, spojrzeniem w kratkę wentylacyjną w którą patrzyłam co najmniej raz w tygodniu przez siedem lat i byłam wtedy szczęśliwa; za oparciem rąk na pięćdziesięcioletnich ławkach z malowanego na czarno drzewa. Czy ja się zarzekałam, że nie jestem sentymentalna? Nie, nie jestem, nie czytam wierszy, nie tęsknię za słowikami i jaśminem, dajcie mi powietrza, wody, wódki i krwi.

14:20

Brak komentarzy

Obiad, może coś, może coś upiekę, placek albo jeszcze lepiej chlebki na szybko, żeby było, żeby było. Wpadłam na pomysł późno, tak, chciałabym być Stepford wife, spodobało mi się, najbardziej scena w klubie książki, pure Martha, czego ja właściwie chcę w życiu, czego?

Więc pranie powiesić i kolejną ciapaję z ryżem, tak, mam ochotę na gorące od przypraw warzywa z ryżem i jest mi z tym dobrze, kropka.

Benedetto XVI wylądował na polskiej ziemi, co uwolniło niestety gazy z dzioba u naszego pana prezydenta, kaczka jego mać. Uważam, że powinno się ustanowić nowe święto, może być bez dnia wolnego: Dzień Kompromitacji Prezydenta RP. Mogłoby być raz w miesiącu. Święto polegałoby na tym, że Pan Prezydent RP kompromitowałby się celowo w Pałacu Namiestnikowskim od 8 do 16 w dniach, kiedy nie byłoby konferencji prasowej, orędzia ani wizyt głów innych państw, co pozwoliłoby być może okroić liczbę kompromitacji w tych momentach, kedy konferencje, orędzia i wizyty mają miejsce. Howgh.

Poza tym w tłumie zobaczyłam twarz A., z którą nie widziałam się straszliwe wieki. Piękną jak zawsze, pogodną, uśmiechniętą buzię, którą pamiętam znad kawy na wydziale Polonistyki UW. Zatęskniłam za nią i za tą kawą i za czasami niewinności i spokoju.

A teraz jest godzina Prawie Pierwsza, więc udaję się spacerkiem w kierunku sklepu spożywczego, gdzie zamierzam nabyć Coś Na Obiad. I nie wiem, co zrobię dzisiaj, przemyślę to po drodze. Jutro jest 26. maja, powinnam więc zrobić coś bardziej hm, teges no. Świątecznego. Ale to spoko. Następnie udam się w kierunku uczelni, żeby zrobić badanie. Następnie zaś w kierunku mieszkania M., gdzie oddam się czynności sączenia prohibicyjnego, nabytego wczoraj piwa. Na pohybel Sami-Wiecie-Komu (pójdę siedzieć za wzmianki na początku tej notatki, więc nie będę ryzykować dalej :)))

Rzecz bardzo prosta – wystarczy cały dzień nic nie pić. I nie, nie jest to wymyślna tortura suszenia (nazywana niekiedy pokutą; nie uznaję niezdrowych pokut; nie uznaję prawie żadnych pokut). Po prostu zapomniałam się napić czegokolwiek, bo byłam zajęta Bardzo Ważnymi Rzeczami jak czytanie, gotowanie itepe. Popłakałam sobie też, dodatkowo odejmując sobie wody. I wieczorem takie dziwne uczucie, czemu jestem aż tak zmęczona?

Przypomniałam sobie. Kompres i kroplówkę proszę. A, i mrożoną herbatę z miętą. Dziękuję państwu.

Wróciłam z Lublina, dwa dni z ojcem spędzone na zwiedzaniu, gadaniu i szlajaniu się po knajpach. Konkretnie po trzech, ale jak to wspaniale brzmi, nie? :)

Miły weekend, dużo ważnych rzeczy.

Teraz już cisza w domu, miła cisza taka. Dom wzbogacił się wczoraj o odtwarzacz dvd i parę filmów, co sprawiło, że od razu mam chrapke na Człowieka w żelaznej masce którego mam od P. i jeszcze na Stepford wives które od dawna chciałam obejrzeć.

Bezy z owocami są dobre. Howgh. I z tym optymistycznym akcentem żegnam Państwa do następnego, który zapewne nastąpi niedługo. Dobranoc ;)


  • RSS