merigold blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 6.2006

Czwartek – pobudka o szóstej, jeszcze zgarnąć parę rzeczy, uprasować się i jazda na dworzec. Ładujemy się w pociąg, gadamy, P. czeka na peronie pod krawatem, elegancki, z aparatem, nie mamy wiele czasu, więc jazda po kwiaty i do Urzędu. Gorąco. S. śliczna w jasnoliliowym kostiumie, V. przejęty, kierowniczka USC uśmiechnięta i pogodna. Świadkowie składają podpisy, S. zmienia nazwisko, życzenia, kwiaty i koniec – odjeżdżają. Pozostaje ciepło w sercu, radość, idziemy świętować i gadać jeszcze. Wieczorem królik Z. i gadanie o szkole, zwierzętach, o wszystkim. Jak dobrze razem. Zasypiam ze zmęczenia.

Piątek – wielka gonitwa. Od P. na dworzec, z dworca do mnie, ode mnie na próbę, z próby do sklepu, ze sklepu na kolację, potem do J.

Sobota – śpimy do południa. Potem leniwe przygotowania, ale źle się to kończy – znów gonitwa, jesteśmy spóźnieni, wpadamy w ostatniej chwili. Uroczystość uroczysta – E. promienna, p. poważny, uśmiechnięty. Potem BUW i zdjęcia, wesele niesamowite, siedzimy razem i rozmawiamy, patrzymy w niebo, jesteśmy blisko.

Niedziela – odsypianie. P. rozmawia o rybach (we love you, George!), jedziemy w czwórkę z N. i Q. do Czerska na wyprawę fotograficzną, zdjęcia na polu pełnym maków i rumianku, nieopisany widok. Upał. Obiad. Piwo. Pociąg. Za mało czasu, za krótko, za szybko, za… za… za… Powrót do normalności, czy raczej _codzienności_, bo moja normalność pojechała pociągiem o 20.20. Tak, jestem żałosna, tak, przeżywam, trudno.

Poniedziałek – Nuczce Psiuczce coś się śni, macha łapkami, posapuje, poszczekuje przez sen. Jutro na badania, jest chora, boję się, boję.

Podsumowanie: Małgosiu, Mirku, Madziu i Arku, dziękuję Wam za te dni cudownego szaleństwa. Bądźcie szczęśliwi zawsze.

…tylko odsapnę moment i złapię oddech. Na razie przysypiam nad klawiaturą lekko, dużo się działo, bardzo dużo!

Kraków. Ciepło. Słońce. Burza.

Czwartek: nagła decyzja – jadę dzisiaj, furda egzamin, furda robota, chrzanię wszystko i jadę wcześniej. Pociąg prawie pusty, cisza i spokój, od Tunelu niespokojne czekanie, czy to już, czy już widać, już niedługo. Na dworcu P., idziemy do autobusu, jest gorąco i parno. Wieczorem balkon z widokiem na cały Kraków prawie, siedzimy z J. po ciemku, sączymy szarlotkę, gadamy o różnych rzeczach.

Piątek: jeszcze nie widziałam takiego Krakowa. E. chodzi z nami po zakamarach, widzę odlotową kamienicę z elfio-morskimi stworami, piękną ulicę Kopernika, zdumiewającą kamienicę z wejściem jak do pałacu albo twierdzy. Nowy Kuzyn, Strongbow, potem klasztor Jezuitów, ojciec Kuba wygląda jak chłopak z sąsiedztwa, nie jak zakonnik; chłód grubych murów jest niesamowity. Wieczorem moje ukochane lampiony w Re; robimy zdjęcia, jest gorąco, niesamowicie.

Sobota: burza. Łazimy i szukamy książki, drobiazgów, łapie nas deszcz i wreszcie da się oddychać, idziemy w deszczu pod parasolem. Wieczorem impreza; pływające świece, zimne piwo, płyty zmieniają się a z nimi nastroje, tańczymy o czwartej rano, śpimy jak już jasno jest. I tak, przespałam dwie godziny w trakcie, ale nie żałuję, było mi ciepło i dobrze.

Niedziela: Odsypiamy, gadamy, jemy, śmiejemy się z historii, które życie pisze najzabawniej, choć zapewne tylko dla nas, nie dla swoich aktorów. J. robi genialnego kurczaka masala. I trzeba już jechać, dworzec, gorąco, najpierw P, potem ja, w przedziale dzieciak z grą video, koniec weekendu, czekam na autobus gryząc jakiś kretyński fastfood, za dużo myślenia, chcę wracać do mojego własnego domu i to na pewno nie sama.

Kancjonał

3 komentarzy

Jest piękny. Pachnie kościołem. Napisany nutami w dawnym zapisie i zwodniczo prostymi w lekturze neumami. Jechałam autobusem i nuciłam sobie gregorianki, cudne takie.

Mrrraf ;)

Jestem

Brak komentarzy

Zmęczona.

Paskudnie zmęczona.

A wysiłek właściwie dopiero się zaczyna. Nic to, w piątek wybywamy do Krakowa, trochę odsapnę spokojnie, a potem do roboty dalej.

Poza tym – piję dziś wodę, wodę z sokiem, herbatę, colę i piwo, a nie zdołałam się jeszcze napić czymkolwiek. Ktoś ma jakiś pomysł? Może ten niebieski izotop sobie sprawię, nim się łatwo napić. Jutro, bo dziś, odziana w strój zdecydowanie już nieformalny, nie idę nigdzie.

…która wypadła z gniazda. Nie udało się, nie dowiozłam jej do Ptasiego Azylu.

Żal.

Za oknem

Brak komentarzy

W pubie 22 chyba jakieś kicz party, grają italo disco i inne pioseneczki z tego gatunku, między innymi te, które grali w domach wczasowych, kiedy miałam 10 lat i marzyłam o tym, że jak już będę dorosła, to będę chodzić na takie dyskoteki i tańczyć w srebrnej sukience i z perłowym makijażem. Ale był to, proszę państwa, rok 1988 i miałam podówczas pełne prawo tak to sobie wyobrażać…

Parada

2 komentarzy

Pogoda była wspaniała. Słońce, ciepło, wspaniale, wiał miły wiatr, rewelacja. Przyszłyśmy od strony Placy Trzech Krzyży, namierzyłyśmy się z J. i spotkałyśmy ludzi z polishstyle. I jeszcze D. i jej przyjaciół. I ludzi z Hamburga z tamtejszego oddziału Partii Zielonych. Ruszyliśmy. Spotkanie z Q.

Ulica Piękna – Babcia z Okna macha do nas obiema rękami, machamy też – wiwatuje jej cała ulica.

Plac Konstytucji – spotykam E., rzucamy się sobie na szyję radośnie. Gadamy z Niemcami, przyjechali i są zachwyceni miastem i ludźmi, szczęśliwi, chcą tu wrócić. Przylepiamy sobie ich nalepki, jazda dalej.

Ulica Wilcza – wesołe panienki rzucają wesołe ulotki z okien wesołego domku.

Domy Centrum – pierwsze większe posterunki przeciwników Parady. Kobieta ubrana jak urzędniczka stuka się palcem w głowę, zatacza nim młynki, przewraca oczami.

Park Saski – z krzaków wyskakują łysi. Któryś rzuca się do nas przez płotek, policjanci wyprowadzają. Spotykam M. z mamą, idą i tańczą w rytm muzyki z platformy.

Senatorska – macha nam ktoś zza muru kościoła, ktoś brał dzisiaj ślub, goście państwa młodych machają do nas. Dużo kamer, dużo fotografów.

Plac Teatralny – przemówienia, wiwaty, dużo dobrych słów, politycy i działacze. Powoli się rozchodzimy. Spotykamy znajomych z dzieckiem.

Harenda – podsumowujemy, dyskutujemy, gadamy. Jest nam dobrze, dwanaście kobiet i mężczyzna gadają sobie o życiu, o wszystkim. Dobrze jest.

Tak było. Dobrze, ciepło, wspaniale, normalnie, dobrze. Cieszę się, że byłam. Następnym razem chodźcie ze mną!

…ale odwaliłam potężny kawał roboty i tak naprawdę dopiero dziś wieczorem przejrzałam na oczy. Jutro (dziś właściewie) wcześnie bardzo wstaję; przede mną 5 godzin snu. A potem muszę wyglądać jak człowiek…

Mam za sobą 25% badań do magisterki i 20% sesji. Jestem nieco zmęczona już; co dopiero potem.

Sprzątanie pokoju i życia poszło chwilowo w kąt; nie mam nawet przesadnie jak cokolwiek zrobić, bo wychodzę wczesnym rankiem i wracam wieczorem. Jak to ja w takim momencie – robię największy bajzel. Wszystko rzucam na Wielką Górę Rzeczy Do Posortowania Oraz Prania i zostawiam tak do momentu, kiedy będę miała chwilę chociaż. Ale jestem dzielna i wedle zasady Marthy no clutter means no clutter utrzymuję porządek na parapecie, szafkach i biurku.

I tak, jestem zmęczona i idę spać. Za dziesięć minut ostatni serwis w Trójce, nie miałam czasu nawet na pełną prasówkę dzisiaj. Dziwne, nie?

Marzy mi się laptop i praca nad ciekawym projektem w kawiarni przy wielkim kubku delikatnej latte. Niestety, w moim przypadku zamiast laptopa, kawiarni, słońca i latte był raczej zdezelowany sprzęt, duszne biuro, świetlówka i mocna kawa bez mleka.

No nie, tak źle to nie bywało, ale prawie. Niech mi się zatem przyśni, albowiem Należy Mi Się.

24 godziny

1 komentarz

Od sobotniego do niedzielnego wieczoru, 24 godziny spędzilam z P. Jezu, jak dobrze, normalnie, nawet atak paniki – he he – wydał mi się post factum normalny. Dużo gadania, zabawa domkami-i-mebelkami (tak, Sims2 na komputerze P. jest chyba trzymane wyłącznie dla mnie i TAK, sprawia mi to niekłamaną przyjemność i NIE, nie mam instynktu budowania gniazda, to tylko zabawa cyberformą cybermaterii). Deszcz lejący cały dzień aż do pójścia na dworzc, kiedy słońce i niebo błękitne jak w bajce, wszystko pachniało zielenią i świeżością. Z powodu deszczu nie zobaczyłam młodziutkich kaczuszek. Ale zobaczyłam inne rzeczy i miałam 24h dobre, bardzo.

Zimno jest bardzo a przede mną dużodużo do zrobienia spraw. Pranie. Pisanie. Telefonowanie. Załatwianie. Gotowanie. Tak.


  • RSS