merigold blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 7.2006

Klik klik klik – jak ja lubię stukot klawiszy! Pandora sobie gra (Garden of dreams, Gary Stadler & Stephanie, Celtic Lounge) – mraf. Lekki przeciąg. Lekki niepokój. Notatki, morele i ja.

Morele są najbardziej zmysłowymi owocami świata. Delikatny rumieniec na pokrytej meszkiem skórce, wnętrze niejednoznacznie słodkie i soczyste. Seksualne skojarzenia gwarantowane.

Zrobiłam wiejski chłodnik – barszcz, maślanka, koperek, szczypiorek, czosnek, sól i pieprz. Chłodnik przegryza się w lodówce, a ja, która nie cierpię buraków, czekam na niego z utęsknieniem.

Nabyłam sobie preparat żeńszeniowy, ciekawe, czy rzeczywiście wpływa na koncentrację i wzmożenie energii życiowej. Mam nadzieję, bo w panującym skwarze mózg ścina mi się jak jajecznica.

Myślę nad „linią pisma”, o której mówiła prof. A. D., moja licealna ikona. Co zrobić z tym blogiem – czy ma pozostać zapiskami codziennych rzeczy i niektórych stanów umysłu, czy skierować go w pisanie o czymś konkretnym, czy zostawić w ogóle? I nie, nie chcę głasków (oczywiście przydają się zawsze, ale zastanawiam się poważnie). Czy prowadzić badania marketingowe? Wyznaczyć sobie cel: X czytelników dziennie? (gdzie X oznacza wartość trzycyfrową?) I po co mi to, jeśli na taką politykę się zdecyduję?

YouTube ma fragmenty programów Marthy Stewart. Dziś jeden z nich stał się dla mnie przyczynkiem do rozważań o wpływie społecznym. Był to fragment programu kanadyjskiej telewizji o nowym The Martha! Show. Pokazywali studio i dziennikarka rozmawiała z MS o różnych rzeczach, w końcu MS zaproponowała jej capuccino i zrobiła je zwracając uwagę na sposób spieniania mleka. Podane w pięknych, białych, wielkich filiżankach. Co zrobiła Merigold? Pognała do kuchni i zrobiła sobie kawę mrożoną (na capuccino nieco za ciepło). Rozważania Merigold o wpływie społecznym Szanowny Czytelnik może sobie dośpiewać sam, albowiem nie sa przesadnie skomplikowane.

No to wracam do działalności naukowej, pójde tylko po świeży zapas wody z cytrynką…

Czwartek: w połowie odcinka Przystanku Alaska wychodzę do Hacjendy Kota Kazimierza, po drodze szybkie spojrzenie na zasoby pobliskiej ciucharni i o dziwo wychodzę z szortami – kremowe Venezia Vitale, jedyne 22 złote, a potem już spotkanie, gadanie, szaleństwo Kazimierza (to za karę, że tak długo Cię nie było), pizza, piwo, książki, bycie.
Piątek: wyprawa do M., gadanie, burza, powrót, parno, zakupy, sprzątanie, nawet-nie-całe-piwo-padam-spać. Sny wariackie – w jednym chodzę w sukni podobnej do habitu, długa do ziemi tunika ecru z pionowym dekoltem obszytym ukraińskim haftem (ale w łagodnych kolorach) i takimż płaszczu (do ziemi, ecru, haft na brzegach, krój klasztorno-vaderowski). No więc chodzę w tej sukni i płaszczu i pomagam ofiarom katastrofy lotniczej, która wydarzyła się na rogu Rosoła i Sikorskiego. Pobudka, przeprowadzka do pościeli, dziękuję kochanie, zasypiam mamrocząc co mi się śniło i snów ciąg dalszy: mój dyrygent pyta, czemu nie chodzę na próby i każe mi się zgłosić do A. po nuty – Boże, jak dobrze – collegianci śpiewają w namiocie, Maciej Kuroń dyskutuje ze staruszkiem o ptasiej twarzy na temat walorów artystycznych w przemówieniach prezydenta Kaczyńskiego. Kuroniowi robię awanturę wszechczasów, wyzywam go od tatusiowych synków, zer intelektualnych itepe. Staruszek o ptasiej twarzy znika.
Sobota: spanie do południa, leniwe zakupy, krótka wizyta w domu i jedzenie bobu, scrabble pod sok grejfrutowy z lodem, no widzisz, ograłeś mnie, gotowanie, bardzo fajna impreza. Gadaliśmy, graliśmy w karty, śmialiśmy się, było wspaniale.
Niedziela: spanie do haniebnej godziny, niedziela Dniem Foki, potem wyżerka (jadł ktoś gazpacho mojej matki? no to nie wiecie, co to jest gazpacho ;) A potem spacer z psem i zdjęcia i jest tak fajnie i tylko chwila i sprawnie na pociąg i Pociąg pospieszny Telimena z Warszawy Wschodniej do Łodzi Fabrycznej wjedzie na tor szósty przy peronie czwartym i macham ręką i już niedługo przecież, wcale nie płaczę, a potem rytualna cola w świątyni konsumeryzmu i zastanawiam się czy tak nie powinno być normalnie i zawsze, jak w ten weekend, dodajmy może pracę w rozumieniu encyklopedii Diderota i życie byłoby idealne.

Będzie.

Connie Dover śpiewa łagodnie, pies śpi jak embrionik, moje biedactwo, z wysuniętymi pięcioma milimetrami różowego ozorka. W pokoju stukanie klawiatury się rozlega. W czwartek dentystka, jutro biblioteka, muszę dużo napisać różnych rzeczy. Na obiad zupa grzybowa mrożona, wyjątkowo dobra jak na mrożonkę; ziemniaki i jajka sadzone. Lubię ziemniaki z sadzonymi jajkami, pachną latem. Powracają myśli sprzed epoki strachów, nie zawsze, nie ciągle, ale czasami. Lepiej. Rano smsy, ciepło. Strumień świadomości, życie równoległe. Enigmatycznie? Wiem. Pretencjonalnie? Też wiem. I don’t care, chwilowo.

Wróciłam z weekendu. Było fajnie. Ciężko opisywać – ciszę i sen w Kazimierzu, korzenie i krzyże, herbaciany zapach Nałęczowa, zabawę sprzętem elektronicznym w Lublinie, szukanie Tamtej Sceny Z Amadeusza o godzinie nie wiem której i raczej nie za trzeźwej, widok z wieży i spacer z Bardzo Ważnymi Słowami, zupę z pachnących morskich śmieci i szybko-szybko-czemu-już-koniec.

Dziś przedłużone wstawanie i przedłużone zbieranie się. Wolałabym chyba inaczej żyć, niż żyję.

1. Zaliczenie raczej będzie. Być może za parę miesięcy się obronię i tyla.
2. Ząb czwórka prawa górna poszedł do nieba dla dobrych zębów. Mogę od dziś przyjmować role Baby Jagi w sztukach dla wyjątkowo krnąbrnych dzieci.
3. Ze względu na wielość stresów spędzam dzisiejsze popołudnie rozrywkowo – seriale dwa ulubione (Northern Exposure, Gilmore Girls), lody i cola z lodem, konwersacje na gg, puszka po coli z zamrożonym lodem przyłożona do dzioba oraz spodziewane ploteczki z J. późnym wieczorem.
4. Jutro natomiast zaopatrzona w artykuły rozmaitej potrzeby udaję się na południe Polski, gdzie zamierzamy wraz z P. spędzić miły weekend, pozwiedzać, połazić i generalnie fajniefajnie.
5. Nie jestem martfa.

…to klepię dalej. Myślę przy tym, bo nie da się. Okazjonalnie uczę radio grać (Profesjonalnie brzmiące chóry gospel mogą być; kilku entuzjastom obdarzonych Duchem, ale już nie głosem dziękujemy). Jak już nie mogę pisać dalej, czytam jej archiwum po raz pięćsetny bo tak, bo daje mi to poczucie bezpieczeństwa i może sobie nawet wydrukuję i zbinduję i będę dopisywać na marginesach.

A wieczorem tak, pójdę. Bo już więcej nie mogę, bo mi się należy jak psu zupa, bo tak.

Jeżeli zdarzy Wam się uczestniczyć – z własnej woli – w jakiejkolwiek anonimowej ankiecie na dowolną rzecz, to pamiętajcie, że:
1. ankieter, wklepywacz i analizujący wyniki badacz (czasami w jednej osobie) nie są Duchem Świętym i nie wiedzą, co to znaczy napisałam odwrotnie.
2. powyższe osoby, niekiedy w jednej, nie będą w stanie zidentyfikować Was po odpowiedziach na pytanie „ile masz lat, jakiej jesteś płci i na kogo głosowałeś”. Możecie więc swobodnie odpowiadać na wszystkie pytania ankiety.
3. jeśli nie rozumiecie pytania, pytajcie o co chodzi.
4. jeśli nawet traficie na coś, co wygląda jak błąd w ankiecie (użycie słowa „jaki” zamiast „który”), to może mieć sens. Dlatego na pytanie „Do jakiego kościoła należysz” nie odpowiadajcie do ładnego tylko dopytajcie, czy chodzi o parafię, czy o denominację.
5. jeśli nie chce Wam się wypełniać ankiety, powiedzcie o tym od razu. Oddawanie wypełnionej pierwszej strony to marnowanie czasu i papieru. Jeśli natomiast chce wam się, to spróbujcie wytrwać do końca, to ważne.
6. jeśli trafiacie na pytanie o zainteresoawnia polityczne i partię, z którą sympatyzujecie, to jest to pytanie o konkretną partię, dlatego nie piszcie wypracowania właściwie to nie jestem zainteresowany polityką ale gdybym już był i na moje poglądy wpływałaby rodzina, to popierałbym raczej partie centrolewicowe. W ankiecie z pytaniami zamkniętymi to nic nie mówi. Tracicie czas swój i mój.
7. tak, na socjo nauczono mnie, że respondent nasz pan. Ale i panów obowiązują pewne reguły, na litość.

A jak nie chcecie, to nie uczestniczcie. Połowa łaski jest znacznie gorsza niż jej brak.

[zdaję sobie sprawę, że takie podejście jest niewłaściwe, niestosowne i nacechowane niewdzięcznością, którą powinnam wyrażać moim respondentom. Wyrażam ją, oczywiście - tym 290 respondentom, którzy zrobili swoje i pomogli mnie zrobić swoje. Mam nadzieję, że moje wdzięczne uśmiechy, odstawianie się jak lala w dniach zbierania ankiet i noszenie ze sobą 14 długopisów, ołówków i pisaków wyraża właściwie moją wdzięczność dla Was, moich dwustu dziewięćdziesięciu (szacuję na podstawie dotychczasowego procentu ankiet kompletnie nieużytecznych)]

Widzę jak bardzo jesteście blisko, jak bardzo angażujecie się w moje życie, moje sprawy. Wspieracie i trzymacie kciuki, pytacie, co i jak. Bez Was umarłabym ze strachu. Dziękuję, że jesteście.

…w którym zapewne panuje temperatura około 32 stopni Celsjusza jak nie lepiej, zajmuję się następującymi czynnościami:

1. kodowaniem własnej ankiety w programie statystycznym, a w ramach tego
2. grupowaniem kościołów ewangelicznych (nazywanych też ewangelikalnymi) w rozsądne grupki na podstawie rozmaitych, niejasnych wypowiedzi respondentów,
3. uczeniem radia Pandora co ma mi grać,
4. staraniem się, żeby bardzo malutki ze strachu żołądek siedział na przyrodzonym sobie miejscu,
5. okazjonalnymi telefonami do jednej pani, od której zależy pół roku mojego życia.

Trochę za ciepło jest właściwie.

…o tym, jak strasznie i źle jest i jak beznadziejnie i jak okropnie się boję i jak nie zostanę nigdy mgr psychologii.

Nie będę o tym pisać.

Napiszę natomiast o tym, że imię nadane sobie samemu ma moc, której nie ma żadne inne. Moje imiona nawet nie chrzcielne, bo nie kojarzę ich w ten sposób, ale domowe, są ważne, obydwa. Jedno oznacza baranka, drugie światło, i to jest ważne, bardzo.

A imię które sama sobie nadałam, oznacza żółty kwiat. Kwiaty rosną, kwitną, są piękne, nawet śmierć mają piękną.

Baranek, światło, kwiat. Łagodność, jasność, nadzieja? a może życie? a może coś, co nie służy niczemu prócz zapłodnienia, stania się owocem? Czy to znaczy, że nigdy owocem nie będę?

Na fizolofie mi się zebrało. Pathetic, don’t you think? I tak, świruję ze strachu, co zawsze wyzwalało myśli tyleż oryginalne, co żałosne i smutne.

Dobranoc państwu. Disclaimer: jestem trzeźwa jak świnia, niestety.


  • RSS