merigold blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 12.2006

Druga Wigilia była domowa. Choinka w niespotykanych kolorach – róż, błękit i srebro, przybrane pierniczkami na rafii stworzyły ciekawe, plebejskie połączenie. Usnęłam prawie w połowie, byłam jednak za bardzo zmęczona.

Trzecia Wigilia w Łodzi u P. Inaczej, fajnie, spokojnie, zupełnie inaczej jednak niż to, do czego jestem przyzwyczajona. Właściwie sama nie bardzo umiem opisać, w czym różnica (oprócz rzeczy trywialnych, jak gatunek ryby na stole).

Potem pierwszy dzień świąt leniwy i we wtorek rano jazda do Warszawy, obiad świąteczny, potem dwa dni praca-dom z tą tylko różnicą, że w domu czeka P. i jest fajnie, ciepło, dobrze, zdumiewająco normalnie.

A potem już przygotowania imprezowe. Dziwne chili, z którym nie wiadomo, jak postąpić. Plany sprzątające. Kot szcza na łóżko, bezczelny. Wariacka, miła norma.

Dobrego roku, kochani!

Puławy – Kazimierz – Lublin. Trochę zwiedzania, trochę lansu, trochę łażenia po ciemnym Lublinie, bo ja tu byłam, a A. jeszcze nie, więc znów jestem Starsza i Mądrzejsza :)

Katedra, ksiądz odsyła kobietę od konfesjonału, bo już ósma, zaprasza jutro od dziesiątej. Pytam, jak może jej odmawiać spowiedzi. On na to, że nie odmawia, tylko zaprasza jutro.

Ale gdyby ona umarła tej nocy?

A teraz-zaraz pierwsza Wigilia moja, z trzech tegorocznych, dawno nie byłam chora w święta, teraz gardło boli i katar, ech…

Tak tak, taki tekst popełniłam dzisiaj po raz pierwszy. W scenografii jak z serialu z lat 80tych potuptałam na obcasach przez korytarz do drugiego pokoju, gdzie rzeczony dyrektor konferował i poprosiłam go do telefonu. Wracałam śmiejąc się w kułak, że to jak z serialu.

Dużo rzeczy jest tu jak z serialu. Dyrektor na przykład. Urzędniczka Pierwsza. Pani z Biura Obok. Pan Konserwator. Komputer, który Się Zawiesza. Tajemniczy Zapas Wody. Nasz Cukier i Herbata Kursantów.

Stay tuned!

1. sekretarkę,
2. kierowniczkę biura,
3. trenerkę dwóch specjalności (grupa i one-to-one coach),
4. branżową tłumaczkę z angielskiego i niemieckiego,
5. redaktorkę podręczników zawodowych,
6. hostessę,
7. specjalistkę od kontaktów zagranicznych z pokrewnymi instytucjami europejskimi,
8. specjalistkę od pisania wniosków o granty, unijne i nie tylko,
9. pracownicę odpowiedzialną za zmiany programowe w dwóch szkołach wyższych,
10. autorkę niusów branżowych, oraz
11. organizatorkę szkoleń i praktyk zawodowych dla 450 szkół zawodowych w
kraju (nauczyciele i uczniowie)

wszystko za jedyne 950 złotych do ręki miesięcznie, w wymiarze 30 godzin
tygodniowo. Od najbliższego poniedziałku.

Nikogo zatem nie dziwi, jak sądzę, że jestem lekko przerażona; jeśli dodamy, że jednym z zadań będzie czasowa współpraca z rodziną, zaangażowaną w branżę w której właśnie podejmuję pracę, to pożałujecie mnie, oj pożałujecie ;)

Ale generalnie się cieszę, bo jak mawiał król Esterad, mieć 950 i nie mieć 950 to już 1900.

Malarze

Brak komentarzy

Przyszło dwóch i maluje. Nuka ich solidnie obszczekała, teraz już nie drze ryjka. Ja się zastanawiam, co tu zrobić, zeby zamontować sobie kroplówkę z kawy albo jeszcze lepiej – jakiegoś redbula (słowo uznałam za nazwę pospolitą, bo tyle tego, ze nie mam głowy nawet pamiętać, czy to tajger, heja, kulcośtam czy cokolwiek innego; „jakiś redbul” brzmi niegłupio).

Im bliżej dziesiątej, tym bardziej się budzę.

Kawa/herbata dla panów malarzy stoi na stole i pachnie.

Nuczka Psiuczka przerażona rewolucją śpi u moich stóp i głupio mi stąd pójść, skoro jej tak dobrze.

Idę sprzątać.

Na razie donoszę tylko, że mam zamiar w tym roku odbyć trzy, czytaj 3 kolacje wigilijne, jedną dziennie, w dniach 22-24.12.06.

Kto mnie przebije, no kto? :)

Mam lampkę, świecę obok i dwie świece na stole. Lubię tę barwę światła – ciepłą i miękką.

Święta? Święta? No dobra, sami tego chcieliście. Moja playlista obejmuje od paru dni następujące utwory:

- Hark the herald angels sing, Frank Sinatra.
- Idą święta, Przyjaciele Karpia, pierwszych pięć odcinków.
- Last Christmas, George Michael.

Jeszcze ściągnę sobie parę sztuk tego typu, a także odkopię kasetę Christmas with the Mantovani Orchestra (błagam, ktoś z Was MUSI to mieć na płycie, jak ma, przegram mu co zechce z moich płytek, a mam parę świątecznych rarytasów :) i mogę wpadać w coroczny dołkopierdolec, polegający na tym, że zapieprza się jak malutka lokomotywka mając ciągłe przekonanie, że to już ostatni wysiłek i zaraz będzie można sobie spokojnie zemrzeć w kąciku, ale tak się nie dzieje.

A z Christmas with the Mantovani Orchestra było tak: około 16 lat temu dostaliśmy tę kasetę od Szanownego Rodziciela, który przywiózł ją był z dalekich krajów. Z angielskich i amerykańskich kolęd znałam podówczas tylko Jingle bells, a i to w wersji Dzyń dzyń dzyń, dzyń dzyń dzyń, dzwonią dzwonki sań, reszty nie pamiętam, w muzyce zakochałam się na zabój, słuchałam jej naokrągło dwa razy do roku – około Bożego Narodzenia i jakoś na przełomie sierpnia i lipca, ot, taki nastrój. Wizje towarzyszące tej muzyce były przecudne: pierwszy śnieg w malutkim miasteczku, John wiesza na głównej ulicy kolorowe lampki i wieńce z jedliny, Mary dyryguje chórem dziecięcym ćwiczącym kolędy, pastor Joshua stoi przed otwartym, oświetlonym kościołem, a ja w roli jakiejś Madame Rosmerty jadę saniami, wysiadam i nalewam wszystkim kawę z cynamonem (miałam, przypominam, lat 12, 13, 14, 15, 16, koło 17 roku życia kawę z cynamonem zastąpiło grzane wino). Potem następowała sekwencja taneczna, nie zapominajmy, że mniej więcej w tym wieku obejrzałam Hello, Dolly i miało to swoje konsekwencje.

Zasadniczo nie będę tego w żaden sposób dodatkowo komentować… ;)

Poza tym sprzątamy z Szanowną Rodzicielką pokój babci, segregujemy układamy, wyrzucamy, preznaczamy do spalenia albo do oddania, jeździmy na ulicę Stawki 27 i oddajemy. Skleiłam wczoraj szklany koszyczek klejem epoksydowym, ciekawe, czy tak zostanie, czy może rozwali się bardziej spektakularnie, kiedy podniesie się go ze stołu?

Poza tym gotuję, wczoraj był makaron z sosem pomidorowo-paprykowym; dodam na pocieszenie, że zawierał także bazylię, świeży imbir i cytrynę bodajże. Właściwie mogłabym ogłosić konkurs na nazwę, bo nie lubię sformułowania „sos pomidorowy”, kojarzy mi się z czymś zabielanym i nie przypominającym pomidora.

Dziś natomiast ryba w cieście rybnym, jak je nazwałam, ponieważ w domu rybę prawie zawsze robi się z koperkiem, imbirem i cytryną. No to dodajcie do tego jajko i 3 łyżki mąki i już jest ryba w cieście rybnym.

Lampa przepaliła mi drugą żarówkę w ciągu kwadransa (czytaj: żarówka przepaliła się, wymieniłam, włączyłam i przepaliła się druga). Taki ups, nie wiem co z tym fantem zrobić.

Na stole palą się świece, lubię ten ciepły blask. Nie robiłam świec od potwornie dawna, nie mam pomysłów chyba, a nie umiem robić takich naprawdę pięknych, może materiał nie ten, może ręce nie te.

Lubię ten moment, kiedy w piosence Dragostea din tei dźwięk się wyostrza, mam miłe wrażenie, jak po włożeniu świeżo wypolerowanych okularów.

Nieliczne chwile jasności umysłu przypadają na czas gotowania albo słuchania Wishmaster Nightwisha, ale tak na cały regulator. Szkoda, że nie można słuchać go naokrągło, bo po 3 razach uszy się męczą. Nie zmienia to faktu, że chłopaki pięknie łoją (cytat z K., z którym dwa lata siedziałam w ławce i to było dobre doświadczenie).

No to jeszcze Sidney Polak otworzy wino i mogę iść dosmażyć rybiszcze i posprzątać kuchnię. Bo jak pisano kiedyś i mówiono, ja dobrze gotuję, tylko potem trzeba długo sprzątać…

Lampki

1 komentarz

Tydzień temu była już świąteczna oferta w supermarkecie, do którego chadzamy. Kupiłyśmy lampki, bo o nich rok w rok się zapomina i dopiero w Wigilię łapiemy się za głowę, że przecież nie sprawdziliśmy nawet, czy lampki działają. Rok temu po lampki pojechało się w ostatniej chwili i znam, generalnie rzecz ujmując, lepsze wyprawy do sklepu, niż tamta po lampki i do dziś robi mi się zimno na jej wspomnienie. A lampki w efekcie, zamiast czerwonych, okazały się być dość paskudnie pomarańczowe.

No to w tym roku jest już wielka paczka białych lampek, choć nie wiadomo, czy choinka będzie duża czy mała. Chyba mimo wszystko wolałabym małą; duża choinka zawala pół pokoju, co nie ma większego chyba sensu. Małą postawi się na szafce. Duża choinka jest Tak, Jak Kiedyś, co nie ma też sensu, bo już nie jest i nigdy nie będzie Tak, Jak Kiedyś. Nie będzie zabawy klockami i budowania pod choinką miast na kocu, nie będzie skrabelka z mandarynkami. Może i dobrze?

Wracając jednak do tematu lampek – nie martwcie się o los tych paskudnie pomarańczowych. Choć na choince wyglądały koszmarnie, to jako dodatkowe, dekoracyjne światełko w moim pokoju sprawują się całkiem dzielnie.

Nie ma zatem tego złego, co by na dobre nie wyszło.

Tak sobie myślę, co jest potrzebne, a co nie. Czego można się pozbyć, a co powinno jednak zostać.

I myślę sobie, że ludzie mają tyle wspaniałych sposobów, żeby zniszczyć kogoś innego, żeby podeptać miłość, skopać wspólnotę, wyrzucić i zapomnieć.

Sprzątam kuchnię, sprzątam życie, szkoda tylko, że jedno i drugie ciągle nieskutecznie.

Żal d… ściska.

[autoironia-mode: on] Jasne, kolejna enigmatyczna notka. Trudno, i tak mnie kochacie ;))) [autoironia-mode: off]


  • RSS