merigold blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 2.2007

Moja nowa nocna koszula ma napis U.S. Polo Assn. 1890. Department of Athletics. I wcale nie jest koszulą nocną, a t-shirtem. Ciekawa jestem, czy osoba tej wielkości (miejsce na dwie mnie wszerz, długość do kolan) byłaby w stanie grać w polo.

A może to tylko taka zmyłka? Rozmiar podany na metce jednak nie kłamie: XXXXL

Ale mam fajną koszulę ;)))

Niestety, nie uczono mnie, kim był Georg Cantor i dlatego być może zasłużyłam na zdumiony okrzyk P.: No wiesz? To tak, jakbym powiedział, że nie wiem, kto to Freud.

Przeczytałam zatem krótki cytat z tego matematycznego Freuda:
Zbiorem jest spojenie w całość określonych rozróżnialnych podmiotów naszej poglądowości czy myśli, które nazywamy elementami danego zbioru.
Doszłam do wniosku, że to tekst, jaki mógłby powiedzieć socjolog czy psycholog zajmujący się problemami tożsamości, stereotypu, grup społecznych.

Cudo, nie?

…napięcie i da się wyjrzeć zza ściany strachów, okazuje się, że jest kupa rzeczy do zrobienia.

Na przykład w biurze piętrzą się papiery, które odłożyłam na moment, kiedy już będę w stanie myśleć. W domu piętrzą się sterty ciuchów rzuconych, żeby coś z nimi zrobić jak tylko znajdę siłę.

Z mediów docierają coraz bardziej przerażające wiadomości polityczne. Rospuda, WSI… mam trochę dość.

A ja idę garnki lepić, wziąć w ręce trochę błota i stwierdzić, że są rzeczy ważne i ważniejsze…

Kiedy pani, dla której żywię czy żywiłam może wielki szacunek w rozmowie o nauce rosyjskiego użyła określenia ruski.

Zrobiło mi się smutno, bo to jest pogardliwe słowo, którego nie używam, którego nie używało się w moim domu właśnie dlatego.

Szkoda.

Znów

Brak komentarzy

Znowu karuzela myśli, znowu strach i wszystko nie tak. Ratuję się kalmsem i zajmowaniem sobie głowy czymkolwiek; pomaga, choć nie trwale.

Teraz w pracy, telefony i dokumenty, tępy strach się czai.

Wieczorem garnki lepić, może odetchnę jeszcze.

W ramach ratowania swojej integralności psychicznej ululałam się rozkosznie, aż zanadto, gdyby ktoś pytał. GG radio szantowe gra sobie miło, lubię te rytmy.

Przypomniała mi się pracownia ceramiczna Laury w Luksemburgu. Malutkie wnętrze, w odtwarzaczu Sting, Police, Mark Knopfler… Zapach gliny i octu winnego i pewnego je-ne-sais-quoi, w którym było mi cholernie dobrze. I taka cudna świadomość, że mogę zrobić co chcę i Laura, najpiękniej uziemiona kobieta, jaką spotkałam, powie, jak to zrobić. I konflikt delikatny z M., która wolałaby, żebym robiła coś zupełnie innego, niż chcę. Ciekawe studium relacji z matką, niech żyje dziadek Zygmunt, przeniesienia itepe.

U Agnieszki w Anagamie jest inaczej, więcej miejsca, więcej komercji właściwie, ale fajnie też. Gra radio – Trójka, co jest pozytywne. Można pogadać spokojnie, pokręcić się, pomyśleć czego właściwie się chce. Agnieszka ma swoją wizję, zaleca jakiś tryb działania inny niż Laura, ale czemu nie, to po prostu inny sposób, inna szkoła.

Anyway, we wtorek idę malować moje dwie malutkie miseczki i cztery malutkie czarki. I zmierzyć się z miękusieńką i aksamitną czerwoną gliną. Cudownie mieć pomysły, projekty – ani chybi wezmę jutro ołówek i narysuję sobie – pożal się Boże, co to za rysunki będą – co chcę, na co mam pomysł, a potem skonsultuję z Agnieszką, co z tego da się zrobić.

We wtorek, czyli za 2 dni, święty spokój, nie mogę się doczekać tej czerwonej…

____
Dodane: link działa ;)

No i…

Brak komentarzy

…wśród strachów, dygotania, trudnych rozmów i przemożnego pragnienia, żeby wszystko jednak było OK, widzę czasami światełko, wracają marzenia, plany i wszystko, czego pragnę. Znów stają się realne obrazy i rzeczy, znów jest dobrze, a przynajmniej lepiej. Wiem, że jutro rano to pewnie minie i zniknie, znów dygot, strach, złe myśli. Ale póki jest dzisiaj, jest dobrze, spokojniej. Wróć do mnie szybko, na zawsze.

Jest mi lepiej i cieplej, po dwudniowym kryzysie wracam powoli do żywych i cieszy, że kryzys trwa dwa dni, nie trzy tygodnie, prawda?

Karygodnie i nieodpowiedzialnie pozwalam sobie na podczytywanie archiwum, pomaga zawsze bezbłędnie.

Jednocześnie dzielnie pracuję na PKB narodowe, dzwonię, piszę, czytam, przyjmuję telefony i maile. A, maile chwilowo nie, bo mi się coś skrzynka zepsuła. Tylko gdzie ja mam telefon do prowajdera?

Wieczorem porąbana starość i Un Ensemble Exceptionnel et Merveilleux i niech już będzie siedemnasta, żebym mogła zacząć się nakręcać ;)

Gdybyż można było czekać spokojnie na dostarczenie sobie czegoś, zamiast lecieć samej na łeb na szyję, wpieniona do niemożliwości faktem, że ktoś nie zdążył, bo cokolwiek?

Gdybymż była panną powolną i oczekującą, a nie załatwiającą samodzielnie.

Gdyby, gdyby. Byłoby łatwiej. Jak kiedyś było. A teraz już inne czasy i serio mówiąc, trudniejsze.

…bo pisanie o dwóch rzeczach i nadawanie im jednego tytułu jest hm, trudne?

Najpierw weekend. Cisza, spokój, normalność, imprezka mała, dzień z nosem w komputerze (mam router bezprzewodowy i umiem wpuścić kogoś do sieci, ha, choć hasło nie pobiło hasła Eilan), dzień leżenia do góry brzuchem i rozmawiania o ważnych sprawach, dzień, kiedy Poszliśmy Do Kina i był to, wbrew oczekiwaniom, horror na wesoło dla dzieci i o dziwo ubawiliśmy się, choć raczej nie z powodów, które miał na myśli scenarzysta. I pizza i gadanie i święty spokój i w ogóle.

Na pocieszenie po wyjeździe P. kupiłam sobie książkę Krystyny Kofty Lewa, wspomnienie prawej, dobrze mi się czyta po Monografii grzechów, którą skończyłam parę dni temu i traktuję to trochę jak kontynuację. Mocna jest, czytam jak już dawno nie, zapominając o całym świecie. Dziś na to konto spóźniłam się do pracy (jeszcze dwie strony, no jeszcze jedna…)

Dziś: od rana terawkurw made by (werble, reflektory biegają po sali) Paaaaaaan Wojteeeeeek! Zadzwonił i wydalał ustami przez parę minut, powinnam to olać, ale nie umiem za bardzo i chyba muszę iść umyć ręce, na pewno pomoże…

Po południu czeka mnie spotkanie w archidiecezji (postmodernizm dnia dzisiejszego), wieczorem idę garnki lepić i dobrze mi z tym.

P. pojechał, dziwnie mi znów.


  • RSS