merigold blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 3.2007

Pedał

Brak komentarzy

Ostatnio pojawiły się plakaty związane z akcją społeczną na rzecz eliminacji obraźliwego traktowania gejów i lesbijek.

I teraz myślę sobie o słowie pedał w kontekście rozmowy, którą kiedyś odbyłam z Uwe, gejem z Berlina (który dysponował przepięknym, przecudownym wręcz basem). Mówiąc o sobie i innych gejach używał określenia schwul, które brzmiało mi w uszach brutalnie i przykro. Zapytałam go, co to za słowo, kto go używa. Powiedział, że kiedyś było obraźliwe, a dzisiaj, kiedy geje świadomie zaczęli tak o sobie mówić, znormalniało.

I zaczęłam myśleć tak o słowie pedał, że może – jako słowo polskie, specyficzne bardzo – dałoby się oswoić do określenia neutralnego. Użyłam go parę razy w bardzo prywatnych rozmowach, na próbę. Brzmiało dziwnie, obco, ale dość neutralnie. Dało mi food for thoughts, jak mówią nasi przyjaciele Anglicy.

Oczywiście, o jego używaniu nie mnie decydować i nie śmiałabym pewnie proponować tego nikomu; może pogadam kiedyś z Y. czy X., jak oni o tym myślą, zapytam – bo ich to dotyczy przecie.

Myślę, rozważam. Dobrze mi z tym.

1. Ślicznego białego hiacynta od P.
2. Łaciatą palemkę od Szanownego Rodziciela,
3. Energię słoneczną zebraną w Kozłówce,
4. Przepiękne wspomnienia pałacu tamże,
5. Ciekawe wspomnienia z Muzeum Sztuki Socrealizmu,
6. Przekonanie, że może nie będzie tak źle…

Generalnie: fajnie było, naprawdę.

Jadę sobie

1 komentarz

Z P. Do Lublina. O.

Back soon, too soon, I suppose.

Wczoraj albowiem czułam się jak w serialu. Pierwszy dzień wiosny zaczął się od konstatacji, że jest zimno jak jasna cholera i właściwie nie powinnam w ogóle z łóżka wstawać, bo i po co. I tak przecież zginę w zupie. Wstałam jednaki powlokłam się do pracy.

Na przystanku spotkałam znajomą z pobliskiej kebabowni, polską muzułmankę. Pogadałyśmy i weszłam do biura, a ona do kebabowni. I tu się zaczęło.

Znacie te seriale, które dzieją się w jednym pomieszczeniu? Które opierają się na pomyśle, że do tego miejsca schodzą się dziwni ludzie i robią zamieszanie? No to tak było. Przyszli bowiem:
- dwie studentki turystyki, które zostały zlekceważone przez mojego szefa, a naprawdę potrzebowały na jutro napisać referat o mojej firmie.
- student z pytaniem, kto z naszej firmy jedzie na targi do Ałmaty.
- człowiek sprzedający produkty z aloesu.
- żółty architekt.

Dlaczego, zapytacie, architekt był żółty? Czyżby pochodził z Japonii na przykład lub Korei, a ja nawróciłam się na rasizm? Nie, to pochopna supozycja – architekt miał po prostu żółte włosy, żółte zęby, żółte ręce, i ciemnożółtą kurtkę z żółtymi plamami z budowy. Dzwonił wcześniej, żeby uzyskać informacje nt architektonicznych aspektów mojej pracy, do tego z błaganiem, żeby napisać mu na kartce papieru z odpowiednim podpisem (wystawcie sobie szukanie podpisu w momencie, kiedy jestem sama w biurze, a ktoś, kto może podpisać, jest 250 km ode mnie). Wyciągnęłam mu więc z sieci potrzebne dokumenty i zdrukowałam (Use google, Luke. And the Parliament website.) Żółty Architekt był jednak tak szczęśliwy, że udało mu się to uzyskać, że padł na kolana i złożył pocałunek na mych dłoniach.

Teraz napisy końcowe.

W tych serialach (jak Friends na przykład) na sam koniec czasem pojawia się jeszcze jeden gag. Pojawił się i wczoraj.

Zadzwonił telefon. Odebrałam. Po drugiej stronie usłyszałam: Dzień dobry pani. Ja zbudowałem hotel. Co mam teraz zrobić?

…będzie kiermasz wiosenny ceramiki i decoupage.

Wpadnijcie ;)

Chór. W chórze śpiewałam kiedyś, nie?

Słucham mojego cudnego, nowiutkiego Madrigal History Tour – nota bene kawałka Fine Knacks for Ladies którym tak się zachwyciłam w wykonaniu Stinga – i coś mi nie pasuje. No za cholerę, coś mi nie pasuje, dziwny ten dźwięk jest, coś nie OK.

I w którymś momencie następuje oświecenie – przecież słyszę basy z prawej strony, a soprany z lewej, to nie tak, soprany są po prawej, a basy z lewej! Zamieniam słuchawki – ufff, jest dobrze, idealnie!

I potem się dopiero orientuję, że znów słucham muzyki od strony sceny…

Znaczit, żałosne to trochę, nie? Dla mnie przynajmniej tak. Ale zbliża się druga rocznica wywalenia z Collegium, a mnie to nadal boli i przeszkadza.

Coś dzisiaj/wczoraj remanenty jakieś. Taki chyba moment, na remanenty życiowe. Albowiem it’s not going to stop, till you wise up.

Skoro mnie Mam wywołała do tablicy, to piszę, choć zawsze mi się wydaje, że wszyscy wszystko o mnie wiedzą, ale zobaczymy, może da się jeszcze coś wygrzebać.

1. Moją pierwszą w życiu miłością był Spartakus z kreskówki. Miałam jakieś 5 lat, o historii starożytnej nie wiedziałam nic, ale kochałam go gorąco, nie do końca kojarząc różnicy między postacią realną a postacią z filmu.

2. Od tego czasu, przez kolejne 20 lat zakochiwałam się burzliwie i zazwyczaj bezsensownie mniej więcej 2-3 razy do roku, a już zawsze wczesną jesienią i wczesną wiosną.

3. Nie odważyłam się nigdy wrócić do domu tramwajem zamiast autobusu, kiedy miałam przykazane jeździć wyłącznie autobusem.

4. Zdarzyło mi się kiedyś odebrać telefon dzwoniący do mnie i, wykorzystując powszechnie znane podobieństwo głosów mojej Szanownej Rodzicielki i własnego, powiedzieć, że niestety, nie ma mnie w domu.

5. Kiedy zrywa się marcowy wiatr, mogłabym rzucić wszystko i jechać do Berlina.

Resztę i tak wiecie ;)

A tak naprawdę, przy tej zabawowej przecież okazji przypomniało mi się tyle rzeczy, których nie wiecie i nie dowiecie się, bo za bardzo boli, żebym o tym myślała, a co dopiero mówiła, a co dopiero pisała. Choć może takie pisanie, publiczna spowiedź do Was, Szanowni Ridersi (witaj egzaltacjo), miałaby jakiś sens. Ale pewnie nie miałaby go wcale.

I te opowiastki krótkie mogłabym wyciągnąć w opowieści, których mało kto ma cierpliwość słuchać i mało kto radzi sobie z nimi, nie zmieniając tematu, nie mówiąc „a u mnie to było inaczej” albo „a ja mam zupełnie tak samo” i nie uciekając od mojego i swojego bólu.

Za dużo tego, za dużo pisania i myślenia i skupiania się na sobie, przecież to tylko zabawa, pięć rzeczy, których nikt o mnie nie wie. A może wie, tylko ja o tym nie wiem. A może, a może, a może…

Czas jednak się ubrać, wziąć psa na smycz i iść z nią na lekcję dobrych manier. Mimo wietrzenia nadal śmierdzi spalonymi ziemniakami.

Tak to jest, jak się wstawia pokarm na ogień i zapomina o nim w sekundzie, kiedy wyszło się z kuchni.

Śmierdzi mi teraz w domu i będę musiała coś sprokurować dla rodziny do jedzenia.

…ale idzie mi naprawdę nieprędko.

Po fajnym weekendzie znów dołek, spowodowany częściowo czy też wzmocniony pracowymi sprawami; wypoczywanie przy ceramice (dzisiaj „tylko” obrabianie, szkliwienie i malowanie). I wniosek: nie spiesz się, wycisz się, oddychaj przeponą, bo spieprzysz wszystko. A jak czujesz, że zaczynasz się spieszyć, to stop. Nie spiesz się, wycisz się, oddychaj…

Teraz rozkosz – Madrigal History Tour od P. Dobrze, lepiej, ciszej, spokojniej. Łapię oddech.

Odprowadziłam P. na pociąg i wróciłam – i dziwnie tak, pustawo znów, chłodniej jakby. A weekend był fajny, z zaćmieniem księżyca, z kanastą, z gotowaniem i byciem niedaleko, blisko, razem.

Na zaprzyjaźnionym forum internetowym awantura na całego, przestało mi się chcieć rozumieć, o co właściwie chodzi.

A teraz marzę o Kings Singers, konkretnie o ich płytce Madrigal History Tour, na której śliczności takie są, że hej. Słucham za to kapeli Banana Boat, męskiego kwintetu wokalnego. Lubię męskie zespoły wokalne, mają niezwykłą harmonię – nie mówię już o mistrzach ponad mistrzów, jak Hilliard Ensemble niedoścignione i Kings Singers – ale nawet Banana Boat czy Perły i łotry mają klimat nie z tej ziemi.

Mam trudną sytuację w pracy i właściwie nie bardzo wiem, o co chodzi i jak się mam zachować. Na razie jednak płynę do Calais (legalne ściąganie, fajny kawałek) i wszystko jest dobrze. Szanty dawne wszystkie mają swój urok, mniam.

Tak, to pisałam ja, szczur lądowy do dziesiątej potęgi, co nigdy na łódce nie był. Ale śpiewać lubi, szczególnie głośno i fałszywie…

Idę spać, jednak za mało snu, za dużo imprezowania, oczy się zamykają. Ale ja tu jeszcze wróce… :)+-


  • RSS