merigold blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 5.2007

…że mojego pryncypała na mnie nie stać. Howgh.

Wieczór niedzielny, siedzimy z J. i K. nad piwem i gadamy. Córka J. jedzie na wycieczkę, będzie zwiedzać między innymi Westerplatte. What exactly is Westerplatte story?, pyta K., Niemiec z dziada pradziada. Opowiadamy. I nagle orientuję się, jak zakręciła historia i nasze życie. My, wnuczki tamtych ludzi i on, wnuk tamtych ludzi. Siedzimy i gadamy, śmiejemy się z tych samych rzeczy, słuchamy tej samej muzyki, pijemy to samo piwo.

Kocham to.

Siedzę w biurze pożerając metodycznie bąbelkową czekoladę. M. opowiada o swoich sąsiadach, psach i polityce. Już nie mogę.

Marzy mi się zwiedzanie. Ciepłe, choć nie gorące miejsce, basen i zwiedzanie. Dużo zwiedzania, oglądania, patrzenia, nowych zapachów, smaków i widoków.

Chwilowo nic z tego. Ale może niedługo?

No więc była parada i było fajnie, energia tłumu to coś wspaniałego, dzięki czemu krew krąży jakby szybciej, a oblewające ciało fotony poprawiają ogólny stan. Jasne, że po energię tłumu można iść na przystanek tramwajowy przy Rotundzie i próbować jechać na Pragę, ale to nie do końca to. Po fotony zasadniczo też można iść gdzie indziej, to nie o to chodzi.

Poszliśmy zatem, było kolorowo i radośnie, smętne gromadki młodzieńców wszechpolskich poniewierały się pod murami. J. trafił wielką piłką w głowę policjantki. M. i ja zagadywałyśmy policjantów z psami (spokojnie, już na Bankowym ;) i przyglądałyśmy się jednemu młodziakowi, który miał jeszcze grube łapki i trochę się bał łomotu z platformy.

Moje miasto mnie witało radośnie, witało idących przez nie ludzi, którzy chcą być szanowani bez względu na to, kogo kochają. I ich przyjaciół, idących razem z nimi.

A potem było spotkanie i gadanie, a potem imprezka domowa, a potem cisza i w niedzielę już nic się nie chciało, tylko pochrupka jakaś i Dziwne losy Jane Eyre, które czyta się za szybko; ledwie się położyłam z książką, już Jane ucieka z Thornfield…

…i znów idę na Paradę. To ważne dla mnie jest, moja niezgoda na to, co dzieje się w Polsce, manifestuje się nie tylko w jojczeniu i rzucaniu mięsem wśród bliskich, ale również w czymś, co jest bardziej zewnętrzne. To jedyna demonstracja, na której jestem. Wiele lat kibicowałam z daleka, teraz idę.

A. mówił dzisiaj przy śniadaniu o czynniku towarzyskim w demonstracjach. Owszem, poniekąd jest to również spotkanie z przyjaciółmi. Nie wiem, czy poszłabym nie znając tam nikogo. Ale to też jest chyba wartość, że idę z ludźmi, których znam i którzy są mi bliscy. Wiele małych grup ludzi idzie powiedzieć, że coś im się nie podoba. Bo cel, mimo wszystko, jest niezmieniony.

Prawie południe już, pora wskoczyć pod prysznic, ubrać się w coś, pozmywać i jazda. Do zobaczenia!

Po dniu szalonym siedzę w biurze, powoli nadchodzi zmierzch, drukarka sobie mruczy a ja wpadam w coś w rodzaju otępienia, mechanicznie drukując i spinając strony. Zaraz przerwa, inaczej drukarka odmówi mi posłuszeństwa i przegrzeje się już ostatecznie – wtedy dopiero będzie problem.

Targi są jak wizerunek piekła. Chciwość miesza się z pożądaniem, obcość z maską uśmiechu, pycha z hedonizmem. Przerażające to, jak się bliżej przyjrzeć. Żal mi hostess w niebotycznych szpilkach, bo na moich pięciocentymetrowych grubaskach czuję się już nie do końca pewnie. A co dopiero one, przechadzające się z pseudoseksualnym podtekstem po alejkach targowiska próżności.

Dam jeszcze chwilę odpocząć drukarce…

…że pracuje w dziwnym miejscu, tak? No to dzisiaj przyszła studentka do mojego dyrektora. Polecona przez swojego promotora. Podała mi nazwisko promotora, ale jego stopnia naukowego już nie znała…

Wymiękłam.

…albowiem planuję, co następuje:
Usmażyć kurczaka w stylu pożal się Boże indyjskim (znaczy ostro i z kolendrą, niestety mleka kokosowego nie będzie). Upiec brownie, które chodzi za mną od trzech dni.
Sprzątnąć kuchnię i przyległości; nie wiem tylko, czy przed brownie, czy po.
Pomalować puszeczkę na biało, w ramach dalszych walk o zostanie mimo wszystko dekupażystką.

Śniło mi się, że czekałam na P. w Niemczech i że spotkałam B., który pozwolił mi przychodzić na próby Collegium.

Nic to, nie roztkliwiajmy się nad energiami i snami. Mam dziś wolną chatę i nie zawaham się jej użyć.

Hmmm… gdzież to ja położyłam moje nutki? ;)))

No więc plan był taki: maluję drewnianą ramkę na fioletowo, naklejam wycięte z serwetek obrazki lawendowych gwiazdek, odstawiam do schnięcia i jutro jadę po lakier i pędzel do lakieru.

Realizacja była taka: wzięłam ramkę, zmieszałam farby (dziś kupione śliczne akryle), zaczęłam malować – za ciemne. No to dawaj, rozjaśniłam farbę, jeszcze raz. Nic z tego, nierówno. Wzięłam gąbeczkę, zaczęłam tepować, że to niby delikatniejsze i do cieni lepsze. Gie. Po czwartej warstwie lila farbki wstawiłam ramkę pod kran i zmyłam – niestety druciakiem – niszcząc dość dokładnie strukturę drewna. Wytarłam, jutro będę walczyć z tym dalej, zaczynając od przeszmerglowania.

Nie zraziło mnie to, więc wzięłam z dawien dawna przygotowaną puszkę, zeszlifowaną już solidnie. Dwie warstwy białego akrylu. Suszarka. Zmieszałam farbkę – tym razem pomarańczową w 3 odcieniach – i nakładam, już inteligentnie, od razu gąbeczką, robiąc sobie podstawy do cieniowania, prawie jak Evva, warstwami (przypominam: prawie robi wielką różnicę ;) Pokryłam puszkę i pokrywkę, wycięłam wzorki, rozmieszałam wikol z wodą, jedziemy. Namoczyłam serwetkę, przykleiłam – marszczy się. Dobra, wygładzam pędzlem. Dwie dziury, ale małe, na pierwszy raz może być. W przekonaniu o swojej wielkości łapię się za puszkę. Pierwszy obrazek marszczy się i rwie. Wywalam. Drugi nakładam rozważniej, najpierw klej na puszkę, potem wzorek – rwie się. Trzeci kładę już bez nadziei – OK, jest zmarszczony, wygładzam… schodzi farba.

Była prawie dziesiąta, należało wysiusiać Nukę i nabyć sobie coś dobrego na pijątkowy wieczór. Poszłam, po drodze myjąc pędzle w kuchni. Jutro będzie lepiej… ;)

Jak się właściwie powinno mówić: Mufinki? Muffinki? Mafinki??? A może olać spolszczenia (choć już na to mocno za późno) i mówić po prostu Muffins?

Upiekę jeszcze dzisiaj trochę. Albo mufinki (hm) albo brownie. Znalazłam bardzo dobry przepis (we love you, Martha) i nie mogę się doczekać tego wspaniałego zakalca, który zamierzam upiec. Problem może być tylko jeden: kiedy bardzo chcę zrobić zakalec, nic z niego nie wychodzi…


  • RSS