merigold blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 6.2007

…czytam tę opowieść Cloudy i naprawdę, pani Olu, takie rzeczy się nie zdarzają, ale – jak dobrze, że czasami jednak i jestem wzruszona, tak tak.

Zastanawiam się, gdzie i jak spędzę weekend, bo że nie w domu, to wiem. Kraków? Łódź? Lublin? Hacjenda pod Kotem Kazimierzem? Wszystko jest możliwe, a możliwości są iście endless.

Mam też mnóstwodużo planów glinianych i pora zacząć je rysować, bo inaczej – cóż – zapomnę, a żal. Najbliższy plan opiewa na grubą, owalną miskę z czerwonej gliny, bezbarwnie szkliwioną albo i nieszkliwioną wcale. Oraz na talerzyk-liść. Bo wyczaiłam na osiedlu superowe, duże liście i zamierzam a. ograbić sąsiadów z jednego, b. wgnieść go w glinę i cieszyć się efektami.

Jutro ciąg dalszy dziwnych wydarzeń w pracy i słowo daję, moje agression-themed opisy na gadu w ciągu dnia rzeczywiście mają odzwierciedlenie w mojej relacji wobec pań z pracy.

Poza tym składam papiery do nowej pracy i kciuki mi tu trzymać, bo robota warta jest świeczki.

Your Results:

#1 Sergeant Delphine Angua

Mraf :)))

W związku z faktem, że bałagan w mojej norze osiągnął poziom krytyczny i można w zasadzie badać, co robiłam parę miesięcy temu odkopując kolejne warstwy papierów, książek i ciuchów, rozmarzyłam się o Wiernej Franciszce. Wierna Franciszka pojawia się w moich myślach zawsze przed wielkim sprzątaniem albo przed powrotem do domu 1 listopada po wizycie na potwornym wygwizdowie, popularnie zwanym Cmentarzem Północnym.

Wierna Franciszka bowiem pojawiałaby się w moim życiu co jakiś czas, wykonując z zaangażowaniem prace, na które ja nie mam: a. ochoty, b. energii, c. czasu. Bo kto ma czas przed wyjściem na cmentarz piec gęsie udka w ziołach, żeby zjeść ten pożywny i rozgrzewający posiłek po powrocie z zimnego dworu? Albo sprzątanie: naprawdę miewam coś lepszego do roboty, niż odkurzanie i mycie podłogi, ścieranie kurzu, pucowanie brodzika. Tego ostatniego szczególnie nie znoszę. Albo prasowanie: miło mieć odprasowane ciuchy, ale Nie Cierpię Tego Robić, po prostu nie cierpię. O ile zmywam bez większych protestów, a gotuję, piekę i piorę z przyjemnością, o tyle reszta zadań z tego zakresu nie została stworzona dla mnie.

Dotychczasowe doświadczenia z dwoma chyba czy trzema Czasowymi i Niewiernymi Paniami Franciszkami miały jednak jedną przykrą konotację. Nie wiedzieć czemu dom po posprzątaniu pachniał… obco. Czasem ten zapach był kwaśnym zapachem potu, czasem pyłkowatym zapachem kurzu, czasem był zapachem obcego człowieka i przez jakiś czas dom nie było moim domem.

Dziś marzy mi się, żeby Wierna Franciszka sprzątnęła łazienkę i uprasowała mi ciuchy na imprezę, dzięki czemu mogłabym spędzić miłą godzinkę w wannie (której nota bene nie mam) i po dokonaniu makijażu oblec się w jakiś ałtfit i wyjść. Co do ałtfitu, nie mam jeszcze pomysłu.

Straszliwa burżujka ze mnie, prawda? ;)

1. W pracy dowiedziałam się, że stacje sanitarno-epidemiologiczne to instytucje socjalistyczne, od których działalności należy uciekać szybko i jak najdalej. Zadzwonił do mnie bowiem Przedsiębiorca, który – to make the long story short zapytał, co ma zrobić, żeby tej socjalistycznej instytucji nie podlegać, jako oczywiście właściciel hotelu. Wymiękłam. Kompletnie i ostatecznie wymiękłam, bo delikwent, który zakłada hotel i nie zamierza współpracować z sanepidem jest albo potencjalnym kryminalistą, albo po prostu zwyczajnym idiotą.

2. Po pracy dowiedziałam się, że żeby być nauczycielem dyplomowanym, wcale nie trzeba:
- umieć wysławiać się po polsku,
- umieć zachować się w sytuacji oficjalnej rozmowy z promotorem pracy podyplomowej,
- znać zasad ortografii,
- mieć świadomości, że pisanie pracy podyplomowej nie polega na stosowaniu kombinacji klawiszy ctrl+C i ctrl+V,
- mieć świadomości, że rzeczona praca powinna mieć początek, środek i koniec, a także zawierać przypisy,
- …oraz chociaż odrobinę wiedzy fachowej, zamiast komunałów, którymi jest nafaszerowana.

Niestety, nie mogę Wam z wielu powodów zacytować co smaczniejszych fragmentów tej pracy. Serdecznie tego żałuję.

I daję ministrom naszym pod rozwagę, o ile którykolwiek czyta te słowa…

…pojadę sobie do Jadwisina pod Lublinem i będę garnki lepić. Cały tydzień będę lepić garnki, toczyć na kole, szkliwić i wypalać i mam zamiar mieć z tego duuużo frajdy. Mam wielkie plany i prawdopodobnie niewiele z nich wyjdzie, ale…

W każdym razie ogromnie się cieszę. Fajnie, fajnie! I tyle gliny i kilkoro (kilka? kilku?) zapaleńców glinianych. I łapy upaprane po same łokcie.

Nie mogę się doczekać!

…łażąc po blogach wnętrzarskich znalazłam to zdjęcie blatu kuchennego i zakochałam się na amen. Jasne, że to w Ameryce i w ogóle, ale to okno tak mi się podoba…

Post Clotilde o tajnej knajpie uruchomił moją wyobraźnię. Zaczęłam myśleć o miejscach podobnych nieco do Wiatrakowa, z dobrą kuchnią, ciepłym wnętrzem, niesamowitym terenem pełnym zagadek – klimat nie z tej ziemi. Projekt Finis Terrae, którym kiedyś zabawiałyśmy się z Szanowną Rodzicielką – a który opiewał na założenie gospodarstwa agroturystycznego skrzyżowanego z pensjonatem, w którym każdy pokój jest nieco inny kolorystycznie, jedzenie świeże, towarzystwo dobrane na zasadzie znajomych znajomych, choć nie do końca; poszerzanie grupy gości musiałoby się odbywać na zasadzie poczty pantoflowej. Pensjonat miał się nazywać Finis Terrae właśnie i znajdować się na samym końcu Helu. Albo w podobnym miejscu.

Rozmarzyłam się…

Niemniej nasuwają mi się wnioski o professional hospitality i nie jestem pewna, czy to jest dobry pomysł dla mnie akurat. Nieważne. To tylko myśli inspirowane czymś, co jest dla innych, a czego dla mnie nie ma i raczej nie będzie…

Clotilde napisała o tajnej restauracji Hidden Kitchen. Jejku, jak mi się to podoba. Miejsce musiałoby być dość niezwykłe, nieco tajemnicze. Jedzenie eleganckie i pełne niespodzianek. Wino i inne rzeczy – doskonałe. Dodać do tego sezonowe dekoracje i wieczory tematyczne i jeszcze muzykę, najlepiej na żywo; gitara albo fortepian. Ewentualnie doskonałe nagrania, nic poniżej Leny Horne czy – odpowiednio – Il Giardino Armonico.

Mogłabym robić coś takiego. Jakże bliskie to idei jednodniowej knajpy, która kiedyś przyszła mi do głowy.

Jako córka knajpiarza nie mam najmniejszej ochoty prowadzić żadnej gastronomii. Niemniej…

…pomaga zrzucić z siebie maksymalny wkurw. Tylko że potem sempiterna jakby pobolewa.

Ale jakoś wolę bolącą sempiternę.

Dziwne, jak to jest, kiedy człowiek za dużo sobie wyobraża. Kiedy X. powiedziała, że ma dla mnie pracę, wyobrażałam sobie, że jest to coś z mojej (i poniekąd również jej) branży. Byłam o tym tak silnie przekonana, że nie pytałam o szczegóły; uległam swojej iluzji. Kiedy zadzwoniła, akurat nie mogłam rozmawiać, nie zapytałam też szczegółowo, o co chodzi. Nie chciała też swoją drogą mówić; powiedziała, że opowie mi, jak się spotkamy. Spotkałyśmy się. W kawiarni, oprócz X., czekał na mnie młodzieniec w odprasowanej koszuli; jak przedstawiła go X. – „kolega, który zna się na tym lepiej ode mnie”. Praca okazała się zdecydowanie nie z mojej branży. Związana ze sprzedażą bezpośrednią usług specyficznego sektora.

Problem w tym, że znam te numery. To niedopowiedzenie – „opowiem Ci, jak się spotkamy”. Te pytania otwarte w taki sposób, żeby każda odpowiedź była po myśli pytającego. Te spotkania w konwencji „dwa na jednego”. To kontaktowanie się z potencjalnymi klientami/sprzedawcami przez znajomych i przyjaciół. Nie dam się przekonać, że sprzedawca pomaga klientowi w życiu, że jego misją jest uczciwość i służenie klientowi jak anioł stróż, który przychodzi, by uszczęśliwić ciebie, twoje dzieci i wnuki, rozpostrzeć nad tobą upragnione skrzydła kosmetycznego, finansowego, kuchennego, zdrowotnego – you name it – bezpieczeństwa.

Czy coś złego się stało? Nie; przedstawiono mi ofertę, ja ją względnie kulturalnie odrzuciłam. Dlaczego więc czuję się, jakby poważnie nadużyto mojego zaufania?


  • RSS