merigold blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 7.2007

No marzy mi się. Dom dwa kilometry za Pierdziszewem Mniejszym, duży teren, wielka weranda, glina, zioła, kwiaty, professional hospitality może trochę też. Duże, drewniane stoły. Cisza. Dobra muzyka – jakiś rock, folk, jazz. Bez telewizji, tylko radio. Piwo robione samodzielnie. Pracownia – marzenie, z osobną piecownią i mnóstwem półek i wielkim oknem. Ładne życie.

Rozmarzyłam się.

Miałam zostać, nieprawdaż. Ale nie zostałam, albowiem w dniu, kiedy zgodnie z ustną umową zgłosiłam się do pracy, mój pracodawca poinformował mnie, że jednak zatrudnił na to miejsce kogoś innego i jeśli bym chciała, to mogę porozliczać indeksy.

Nie chciałam. Praca z ludźmi, którzy nie szanują pracowników/kandydatów choćby na tyle, żeby zadzwonić i powiedzieć, że sprawa nieaktualna… zjadłam z państwem beczkę soli właśnie, dziękuję za więcej. A swoją drogą, już po fakcie usłyszałam, jak nową wykładowczynię w tej szkole pani z dziekanatu instruuje, że studentów dobrze jest wyrzucić za drzwi, jeśli siedzą w czapce na wykładzie albo rozmawiają na zajęciach przez komórkę. No sorry, jeśli trzeba tu ludzi uczyć, że tak się nie robi… to sorry.

Nie jestem więc Panią z Dziekanatu w Wyższej Szkole Bounce’u i Lansu. Szukam pracy.

Pada. Zdecydowanie pada. I pada. A ja pracuję, czy raczej bawię się tym, co będzie stanowiło moją pracę: tabelki, fiszki, gumka i ołówek. Może kupię sobie jakiś śliczny ołóweczek? Tak, żeby zaspokoić głód Pięknych Rzeczy Papierniczych? (Odkąd skończyła się szkoła, mam z tym potężny problem; nie mam zastosowania dla Cudnych Zeszycików, Kolorowych Pisaczków i Eleganckich Temperówek). Sklepy papiernicze najładniejsze są ewidentnie w Pradze czeskiej, podobnie jak sklepy z ceramiką (te miski, te kubeczki – Czeskie Centrum w Warszawie w ogóle nie jest reprezentatywne, bo tam same badziewne kubki są).

Wścieka mnie to, co się dzieje w mediach na okoliczność wypadku pod Grenoble. Tragiczny błąd, awaria hamulców, spotkanie z Bogiem – nie, ale jeden cholerny idiota zabił prawie 30 osób jadąc wbrew wszelkim obowiązującym tam przepisom. Wścieka mnie to. I cały medialny szum i wielkie dyskusje, czy żałoba narodowa jest uzasadniona czy nie i czy Piotr Rubik pójdzie w związku z tym na koncert Rolling Stones, czy też nie.

Uch.

No więc (nie zaczyna się zdania od no więc) nie wiem za bardzo. W weekend był P. i w ogóle sympatyczna impreza, co sprawiło, że trochę odparowałam. I złapałam doła (bo dlaczego tylko weekend itp). Wyrównało się zatem.

Mam nową pracę. Moim zadaniem jest Mieć Studentów w D. Dziś w każdym razie uzyskałam profesjonalny instruktaż w tym zakresie (SERIO), dowiedziałam się, że jestem egzaltowana (SERIO SERIO) i ucieszyłam się, że tak naprawdę to nie będę się stykała ze studentami. Bo co by było, gdyby Pani Z Dziekanatu jednak rozliczała mnie z metod Mania w D.?

A co u Was? ;)))

Nie robię przerwy ani nic Po prostu nie działo się nic – N.I.C. ciekawego. Oprócz może faktu, że moja suka ma ciążę urojoną. I że wczoraj ją kąpałyśmy z Szanowną Rodzicielką, co stanowi pewne wyzwanie, nie da się ukryć. Psa podstępem prowadzi się bowiem do brodzika (pies w łazience bardzo lubi się bawić, wybierać z kosza na śmieci jakieś papierki i inne obiekty psiego zainteresowania; kiedy jednak przychodzi do kąpieli, pies nie lubi łazienki i ciężko ją tam zaprowadzić). Alors, najpierw prowadzimy psa do łazienki, potem wpychamy tam leżącą na ziemi z przerażonymi oczami zwierzynę.

Następnym etapem jest wprowadzenie suki do brodzika. Poszło, wniosłam ją po prostu.

Moczenie. Pies wychodzi po raz pierwszy. Trzymam. Mydlenie. Pies wychodzi po raz drugi; w łazience mamy już 25 stopni ciepła i chyba ze 100% wilgotności; cóż za wspaniała atmosfera, doskonała dla cery! Trzymamy psa w brodziku, nie myśląc o cerze.

Płukanie. Pies wychodzi po raz trzeci; a raczej po raz trzeci próbuje, a drugi raz mu się udaje. Wracamy. Cały czas Nuka nie zapiszczała, nie zawarczała, nie szczeknęła – nic, tylko patrzy na mnie tymi pięknymi, brązowymi oczyma pełnymi wyrazu pod tytułem „Musiałaś? Naprawdę musiałaś? Psi szampon tak śmierdzi, mokro, okropnie, ale musiałaś…”

Tak, musiałam, odpowiadam, po czym kolejne ręczniki napełniamy wodą z psa. Pies wychodzi, już po operacji. Pierwsze trzepanie – spodnie mokre. Drugie trzepanie – szafa mokra. Trzecie trzepanie – tapczan matki mokry. Uff, teraz można wskoczyć na świeżo położoną pościel i się wytarzać…

Udało się ją powstrzymać przed zmoczeniem tej świeżej pościeli. Potem to już sama przyjemność – pies leży i nadstawia kolejne boczki do wycierania, przecież teraz, na psim ulubionym miejscu to jest całkiem jak głaskanie, pańcia siedzi z psem, głaszcze i daje w nagrodę kawałeczki parówki – to już ostatecznie może być…

…że już się nie mogę doczekać pracowni? :)))

O rany, ależ jestem zakręcona. 3 godziny temu siedziałam jeszcze przy kole i toczyłam niewielką miseczkę, ostatnią z moich rozmaitych kształtów i prób. Totalny zen – ja i glina, ja i koło, moja praca, wysiłek, radość, kiedy wychodzi. To trudne, ale nie tak trudne, jak sobie wyobrażałam. Wymaga pracy i zaangażowania. Jest piękne.

Siedziałam przy kole, obrabiałam, doklejałam uszka, wygładzałam kształty. Cisza i spokój, równomierne brzęczenie silnika koła, dotyk miękkiej gliny uspokajają i pobudzają do myślenia, nowych pomysłów. Pracowaliśmy (Mirek, Ania i ja, pod kierunkiem Piotra od pół do ósmej do pierwszej, potem od drugiej do szóstej, potem od siódmej do dziewiątej, dziesiątej, północy. Piotr jest świetnym nauczycielem, spokojnym i cierpliwym. Glina uczy cierpliwości.

Rany, jak mi dobrze, jaka jestem jeszcze zakręcona. I już czekam na wtorkowy wieczór w pracowni.

Narobiłam potwornych ilości miseczek, kubeczków i amforek. Znakomita część jest solidnie pokraczna, ale kilka takich, że nie mogę uwierzyć, że to ja coś takiego zrobiłam. Tymi ręcami. Ja sama.

Idę spać…

Na tydzień, garnki lepić. Jest po północy, ja muszę wstać przed szóstą, mam plecak ciężki jak nieszczęście; ciekawe, co będzie most useless.

To pa ;)


  • RSS