merigold blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 10.2007

A poza tym…

Brak komentarzy

…to nie mogę się na blipa zalogować i mnie to denerwuje.

Cóż nowego…

Brak komentarzy

…się dzieje? Nic. Chodzę wpieniona straszliwie, nieszczęśliwa i smutna. Niby nic się nie dzieje złego, niby większość złych rzeczy już się skończyła i mogę spokojnie czekać na nowe. A jednak odchorowuję kolejne sprawy obijając się o ściany.

Za dużo tego, za dużo emocji. Wszak mottem mojej rodziny jest „Rozum jest dobry, emocje są złe”.

I trochę sobie ostatnio nie radzę.

Na pewno dobre było to, że spotkałam się z M. wczoraj i pogadałyśmy jak ludzie. M. żyje tak, jak ja bym chciała żyć. Idzie dalej, świadomie kieruje sobą i swoimi działaniami. Jak dorosnę, chcę być M.

I tak naprawdę zdałam sobie właśnie sprawę, że mam prawie trzydzieści lat i ciągle myślę – choć teraz już, całe szczęście, nieco ironicznie – że „Jak będę duża, zostanę… Marthą, E., M., Emily Murphy” albo diabli wiedzą, kim jeszcze.

W czwartek święto zmarłych i właściwie żałuję, że nie mam wbudowanego w głowę halloween party i nie obwieszę sobie okien sylwetami powieszonych, sztucznymi pajęczynami i czaszkami. Byłoby to zawsze coś, jakaś przynależność, jakiś kontekst. Bo poruszam się poza kontekstami, a to bardzo niezdrowe. Brak kontekstu = brak tożsamości.

A tak w ogóle, to na myśl o rajzie po cmentarzach mam ochotę zostać w domu i piec gęś. Marta, nie Maria. Marta, nie Maria. To przynajmniej jest jakaś tożsamość…

…i dlaczego.

Bluelines to przedsięwzięcie MSOmnimedia, mające na celu odmłodzenie publiczności Marthy. Wiem, nudna jestem z Marthą, ale cóż – musicie to znieść – to jeden z moich fetyszy i idoli i jakże to niewłaściwe, drogi pamiętniczku.

Otóż Bluelines uwielbiam. Blog redakcji miesięcznika czy kwartalnika MSO Blueprint, przeznaczony jest dla dwudziestoparo- i trzydziestolatków. Pełen trendów, mody, intiriordizajnu, fajnych rzeczy, gotowania w trendny sposób – Nowy Jorku, oto nadchodzę.

I straszne to, ale jestem jakoś pomiędzy normatywną, czyli okołoczterdziestoletnią i pięćdziesięcioletnią publicznością MS, a publicznością Blueprinta. Jak zwykle rozdarta i każdą nogą gdzie indziej – a jednak jest to jedno z nielicznych rozdarć, które nie sprawiają bólu.

Na marginesie – jeśli zdarzy się, że poczujecie się znudzeni moim nieustannym wręcz mendzeniem o MS, dajcie znać.

Przyznaję, że jestem fanką, ale jest to obsesja nader spokojna i rozsądna i nawet niekiedy krytyczna, choć nie krytykancka. Na przykład dzisiaj uważałam, że laseczka, którą Martha w programie uczy gotować, wpatruje się w swoją preceptorkę ze zbyt jawnie demonstrowanym zachwytem. Aczkolwiek – i tu oddalam się od zarzutu krytykanctwa – jestem skłonna przyznać, że być może sama miałabym podobną minę. Chociaż nie – mnie nie trzeba uczyć smażyć kotleta, umiem sama to zrobić, choć nigdy nie smażyłam kotletów jagnięcych.

Ponieważ jagnięta nadają się moim zdaniem głównie do głaskania.

Dziś weszła do mojego biura pani z innej firmy mojego sektora, z którą rozmawiałam przez telefon dni temu parę i ustaliłyśmy, że jak tylko nasze szefostwa prześlą sobie oficjalne listy do siebie, to my będziemy radośnie ze sobą współpracować.

Pani była zachwycona, że ją znalazłam i pytała mnie, kto od nas wcześniej ewentualnie się kontaktował z jej firmą. Stwierdziłam, że nie wiem, pracuję tu od trzech tygodni. „I już mnie pani znalazła! Jest pani boska, po prostu boska!” powiedziała pani i ruszyła do swoich zadań dalszych.

Wniosek z tego jest taki: prawdopodobnie świat składa się z ludzi, którzy płyną jak drewno po morzu i jedyne ruchy, jakie wykonują, to mimowolne. Nieustannie zdumiewa mnie, że zbieram pochwały i laury za zrobienie czegoś efektywnie, bez nawet szczególnych fajerwerków.

Nic z tego nie rozumiem…

W skrócie

Brak komentarzy

W pracowni dzisiaj coś nie chciały mi kształty wychodzić spod ręki zupełnie, wreszcie wymęczyłam dwa – zobaczymy, co z tego wyniknie. Jeden to naczynko na coś – oryginalnie miało być na oliwki, ale dowiem się dopiero po wyschnięciu i innych działaniach.

Wczoraj sprawiłam sobie konto na blipie i bawię się, ile wlezie. Póki mnie nie znudzi, niech sobie będzie.

W pracy pełno spraw; odbieram telefony czasem prawie na dwie ręce, dziś dopiero doznałam pierwszego solidnego wkurwu, kiedy jedna z koleżanek zaczęła się wytrząsać nad inną, kompletnie bez sensu i wyłącznie po to, żeby pokazać swoją wielkość, wyższość i władzę. Paw normalnie.

Sprawy merytoryczne są ciekawe i niedenerwujące, przynajmniej chwilowo.

Śpię bez snów i pomijając inne wkurwy, nie jest mi źle ostatnio.

21 października, 22.55

1 komentarz

Co za ulga!

…o wczorajszym pogrzebie Irlandzkiej Księżniczki. Chciałam napisać o słońcu, złotych liściach spadających na alejki Powązek, o morzu białych kwiatów. Tylko jakoś nie mogę.

…kto napisał Pisiorkom tę piosneczkę? Może Rubik? To jest w jego stylu pod pewnym względem, choć oczywiście instrumentacja nie ta.

Swoją drogą, gdyby – GDYBY – to był Rubik, tarzałabym się po ziemi ze śmiechu…

Jak to jesienią…

Brak komentarzy

…zachciało mi się NOWEGO.

W tym roku Nowe powinno albo
a. pachnieć wełną i jedwabiem i mieć kształt ogólnośredniowiecznej kiecy (ranyjulek, ile lat będę jej pragnąć, zanim wreszcie kupię/uszyję/zdobędę?) i (nie ma czegoś takiego, jak ogólnośredniowieczna kieca, proszę Szanownych Czytelników…)
b. mieć lekko fantazyjny kształt z sugestią, że PO PRACY robię naprawdę ciekawe rzeczy, a jednocześnie nadawać się do udania się w tym do miejsca pracy,
c. smakować brzoskwiniami z nutką imbiru, mieć złocisty kolor i być zamknięte w ładnej butelce z przezroczystego szkła,
d. brzmieć jak gitara lub – jeszcze lepiej – jak lutnia.

Swoją drogą, udanie się do roboty w ciuchach sugerujących Coś Ciekawego Po Pracy mogłoby oznaczać włożenie we wtorek roboczych portek upranych wprawdzie, ale ewidentnie noszących ślady czerwonej gliny. Perspektywa tyleż kusząca, co niespecjalnie realna (jestem nienormalna, ale przecie nie aż tak, prawda?). Rzecz sugerująca Coś Ciekawego Po Pracy mogłaby mieć kształt futerału na lutnię.

Ot, coroczne marzenia, kiedy przyroda zamiera, a ja ponad wszystko na świecie pragnę życia.

…świetnie wygląda świeczka-herbacianka. Światło ciekawie się załamuje i czuję się jak skrzyżowanie Marty Stewart z ekologiczną lewaczką.

Wczoraj spędziłam dzień w większości jako ciotka honoris causa, uczestnicząc w szkolnych uroczystościach Zu. Dumna jak cholera ciotka, bo moja siostrzenica jest wyrazista i odważna na tle swojej klasy, do tego ma naprawdę dobry gust, jak na niespełna czternastolatkę (a i jak na dwudziestolatkę, patrząc na tak zwaną dzisiejszą młodzież). Patrzę na te dzieciaki – a właściwie panny już przecież – i jestem dumna, że mogę jakoś tam uczestniczyć w ich życiu.

Dziś za to względna normalność i potrzeba posprzątania i ściąganie sountracku z Hairspray, na którym byłam wczoraj. Film przeciętny, fabuła beznadziejna, kretyńsko amerykańskie zakończenie… a przecież bawiłam się świetnie, słuchałam rewelacyjnej muzyki, patrzyłam na rewelacyjną Queen Latifah i genialnego Travoltę (warto!) i wyszłam pogodna i pełna energii.

Idę sprzątać przy dźwiękach Good morning, Baltimore.


  • RSS