No dobra. O pannie Isabel, nowej narzeczonej starego premiera, piszą wszyscy. Pozwolę sobie i ja, a jakże.

Co za żenada. Co za potworna, straszna, żenująca żenada, żal przez rz i paw jak stąd do Londynu. Wyobraźcie sobie: jest sobie dramatycznie głupia laska, Iza jej na imię. Jedzie do Lądka. Poznaje pana w średnim wieku, Kazimierza. Kazimierz jest prezesem. Następuje opowiedziana wielokrotnie w literaturze i filmie historia. Następnie pan Kazimierz decyduje się dopuścić pannę Izę nie tylko do łoża i stołu, rugując stamtąd wcześniej starą żonę. Pan Kazimierz dopuszcza pannę Izę do wszelkich swoich tajemnic. Na przykład – do hasła blogowego.

Reszta jest… poezją. Publiczność przejmuje się, łka, klnie, dostaje zawału, olewa wszystko albo też, jak niżej podpisana, turla się ze śmiechu od godziny, klepiąc po udach. Toś se pan zrobił, panie Kazimierzu. Sam tego chciałeś, Kazimierzu Dyndało. Ha!