(…bo dzień bez wazeliny jest dniem straconym, a K. od dawna mnie usterkuje, że nie piszę o niczym, prócz pracy :)

W pracy… właściwie standard, nie będę Wam przecież opowiadać, co tym razem relacjonowała mi Pani Miłosława albo Pan, Którego Pyta Młodzież. PKPM zresztą jest jedynym spośród naszych stałych klientów, którego z głębi duszy i serdecznie nie znoszę. Nawet Człowiek Z Dziurą W Głowie jest lepszy.

Ale miało być o niepracy: kupiłam dziś osiem talerzy i cztery kubeczki i cztery miseczki, wszystkie z kremowej porcelany (ponoć) i z przepięknym, skromnym zdobieniem. I jestem z nich dumna i strasznie mi się podobają i wszystkie są moje, a potem będą nasze. I są takie domowe, proste i miłe i już je uwielbiam i wyjmuję z pudełka co kwadrans i się zachwycam. Dorwałam ostatnie paczki, bardzo się cieszę z tego, są cudne.

Przez Rozwój Osobisty w mojej rodzinie, a także Wizyty i Remont strasznie zaniedbałam pracownię. Mam już tluczone szkło białe i kobaltowe (tzn to tylko kolor, to nie jest prawdziwe kobaltowe szkło) i będę je topić ze szkliwem, tworząc dość niesamowite powierzchnie. Szczególnie sederowy talerz dla D. wymaga pilnej uwagi i tempa – Wielkanoc za miesiąc, Pesach w tym roku wypada ciut wcześniej, więc chyba jutro w pracowni…

Czekam już wiosny jak kania dżdżu. Bazie już są. Wiatr niesie zapach odmarzających psich gówienek.