To nie jest dobry dzień. Od tygodnia unieruchomiona ze zwichniętą kostką (a w poniedziałek do pracy, jest czwartek, a ja tego w ogóle nie widzę, bo mam nadal potężny kłopot z siedzeniem z nogą w dół, nie mówiąc o staniu dłużej, niż pięć minut). Od rana kosmiczny wkurw na wszystkich i wszystko. I nie, nie kumam, jak można nie wiedzieć, co się mówi i jak bardzo to mówienie krzywdzi podobno przyjaciół. I nie rozumiem, jak znajomy na fb może pisać o sobie, że jest naśladowcą Chrystusa, skoro jego naśladownictwo wyraża się głównie w robieniu uduchowionej miny i kłamstwach pomieszanych ze świństwami wobec swoich ponoć braci i sióstr w JCh. I nie rozumiem, dlaczego moja cholerna kostka po TYGODNIU leżenia plackiem nadal ma do mnie pretensje. I nie rozumiem, jak można było potrącić mnie na CHODNIKU jadąc ROWEREM, nie zauważyć tego i pojechać. Przerabiam teorię frustracji-agresji w pieprzonej rzeczywistości.