…i nabyła sześć butelek wina w nieopisanie ponoć wspaniałym sklepie internetowym. Idea mi się nawet podoba, bo odkąd polubiłam wino jako takie, zawsze mam problem z powtórnym znalezieniem tego, co mi smakowało. Bo jak mi coś smakuje, to natychmiast znika ze sklepu. A nazw i tak nie pamiętam, a nie jestem jeszcze takim nerdem, żeby prowadzić notesik.

Pełna apetytów i dobrych chęci chciałam się zapoznać z propozycjami. Myślę sobie: może coś będzie dobre i odtwarzalne, w końcu sklepy miewają w miarę stałą ofertę. Zaczęłam czytać i niestety mi się odechciało. „Nieśmiałe na nosie”, głosi opis. Słucham? O ile kojarzę, na nosie można mieć piegi lub pryszcza; nieśmiałość jest cechą bardziej wewnętrzną. „Okrągłe usta”, głosi kolejny akapit. Do „sukni” i „ogona” nie doczytałam, bo mnie zemdliło od tej pańskiej mowy.

Niestety, język winiarski – lub marketingu winiarskiego – jest dla mnie żenujący. Gra na cudzym snobizmie też, bo choć pan Jourdain jest zabawny na scenie, to w życiu już nie bardzo. Ten język powstał, jak większość żargonów, połownicznie dla określenia nie do końca dających się opisać wrażeń, a połowicznie dla podkreślenia różnic między jedną a drugą grupą społeczną.

Pozostanę więc, zdaje się, przy ofercie lokalnego sklepu i kartce, na której napisze się nazwę tego, co mi smakowało. Pogrywających sobie w Warszawską Klasę Średnią Ze Ściśniętą Dupą od siebie nie odpędzę, mogę za to nie sprowadzać ich sobie na głowę.