merigold blog

Twój nowy blog

…słucham jej kilka razy dziennie, z tysiąca powodów.

- Warchoł! – krzyczą. Nie zaprzeczam,
Tylko własnym prawom ufam:
Wolna wola jest człowiecza,
Pergaminów nie posłucha.

Boska ręka w tym, czy diabla,
Szpetnie to, czy właśnie pięknie -
Wola moja jest jak szabla:
Nagniesz ją za mocno – pęknie.

A niewprawną puścisz dłonią -
W pysk odbije stali siła;
Tak się naucz robić bronią,
By naturą swą służyła.

Sprawa ze mną – jak kraj ten stara
I jak zwykle on – byle jaka:
Nie zrobili ze mnie janczara -
Nie uczynią też i dworaka.

Wychwalali zasługi i cnoty
Podsycali pochlebstwem wady,
A ja służyć – nie mam ochoty,
Warchołowi – nikt nie da rady!

Lubię tany, pełne dzbany,
Sute stoły i tapczany,
Płeć nadobną – niesurową
I od święta – Boże Słowo.

Lecz ni ksiądz, ni okowita
Piekłem straszy, niebem nęci,
Ani żadna mnie kobita
Wokół palca nie okręci.

Mój ból głowy, moja skrucha,
Moje kiszki, moja franca,
Moja wreszcie groza ducha,
Gdy Kostucha rwie do tańca!

Sprawa ze mną – jak kraj ten stara
I jak zwykle on – byle jaka:
Nie zrobili ze mnie janczara -
Nie uczynią też i dworaka.

Wychwalali zasługi i cnoty
Podsycali pochlebstwem wady,
A ja służyć – nie mam ochoty,
Warchołowi – nikt nie da rady!

Jakbym ja był człowiek z wosku
W rękach wodzów, niewiast, klechów -
Mógłbym ich zostawić troskom
Cały ciężar moich grzechów.

Ale znam tych stróżów mienia,
Sędziów sumień, prawdy zakon,
Spekulantów odkupienia -
Bo znam siebie – jako tako.

Ulepiony i pokłuty
Niepotrzebny będę więcej;
Rzucą w ogień dla pokuty
I umyją po mnie ręce.

Sprawa ze mną – jak kraj ten stara
I jak zwykle on – byle jaka:
Nie zrobili ze mnie janczara,
Nie uczynią też i dworaka.

Zły? – być może. Dobry? – a czemu?
Nie tak wiele znów pychy we mnie.
Dajcie żyć po swojemu – grzesznemu,
A i świętym żyć będzie przyjemniej!

Nie powstrzymywałam się dziś w pracy, oj nie. Soczyste szynki, rostbefy i schaby płynęły z moich ust lekko jak piórka. Są takie chwile w życiu Meri, że rzucenie mięsem wydaje się jedyną alternatywą wobec rozpęknięcia się ze złości.

Perfekcyjnie za to umiem powstrzymywać się w życiu prywatnym. Setki bezmyślnych, głupich, żałosnych, pretensjonalnych uwag, wypowiedzi, oświadczeń i pytań pomijam milczeniem. Nie odpowiadam złośliwie. Nie opieprzam. Nie sprzeciwiam się. Nic nie mówię i nie robię, odkładam wściekłą pasję i głębokie zażenowanie trochę głębiej i próbuję znów oddychać spokojnie.

Pytanie, co normalni ludzie robią, kiedy z zażenowania pozerstwem znajomego rumienią się po same uszy. Co robią, kiedy ten znajomy mówi rzeczy, których kulturalnym ludziom nie wypada pomyśleć. Co – oprócz zerwania znajomości, które w tej sytuacji z różnych względów nie wchodzi w grę – można zrobić?

Pytanie, na ile jeszcze starczy mi miejsca i co zrobię, jak miejsce się skończy.

Hehe

Brak komentarzy

Ach, jaka jestem mądra, każde moje słowo
to natchniony poemat, ręczę za to głową!

Jednej koleżance dedykuję.

PS. zmęczył mnie zepsuty dizajn, więc zmieniłam na standardowy. Nie przewiduję dalszych zmian – chyba, że coś mnie najdzie.

…trzeci raz w tym tygodniu na ósmą. Trzeci raz o tej samej porze spotkałam w autobusie tę samą kobietę z tym samym dzieckiem. Trzeci raz minęłam w drodze do metra tego samego staruszka z psem. I trzeci raz o tej samej porze przejechało obok mnie różowe auto z reklamą szkoły tańca. Trzeci raz kupiłam na rogu taką samą bułkę.

Panicznie się boję, że tak już będzie do końca.

…może oprócz tego, że zrobiłam coś bardzo złego i zabrakło mi odwagi, żeby tego nie zrobić.

Czuję się, proszę państwa, jak szmata, zupełnie słusznie i sprawiedliwie.

Do następnego, kurwa.

…a ja sobie żyję i – nie da się ukryć – coraz lepiej żyję, wygrzewam się w słońcu, łapię wiatr w żagle, planuję przyszłość. Najbliższe plany obejmują tygodniowe, a właściwie dziewięciodniowe wakacje w czerwcu, połowę spędzę w Kazimierzu nad Wisłą, drugą połowę z P. w Urlach na Belle. Dalsze plany obejmują weekend w Gdyni u Anny, gdzie razem z P. będziemy fotografować żaglowce i wdychać morskie powietrze.

W poprzedniej pracy bywało, że nie miałam kompletnie, dramatycznie NIC do roboty. Martwe dni i tygodnie, które spędzałam czytając i oglądając zdjęcia na Apartment Therapy, a także na gadaniu z Anną via gg. Anna również nie miała wtedy nic do roboty w pracy, bo między jednym a drugim projektem mijały czasem i dwa tygodnie. Wtedy właśnie układałyśmy z Anną menu na proszone obiady. Obiady mogły być w jednym kolorze (żałosny pomysł, ale dobry jako ćwiczenie), mogły mieć jakiś temat geograficzny (Norwegia) albo sytuacyjny (sierpień na wsi). Wczoraj usiadłam nad kartką papieru i dla rozrywki ułożyłam sobie coś takiego – weekend na wsi na przełomie wiosny i lata.

Ależ frajda. I mówię Wam, zrealizuje się to kiedyś. Koniecznie ;)

Antropologia

3 komentarzy

Parę dni temu łaziliśmy z P. po dużej księgarni i wybieraliśmy książki dla bliskich. Trafiłam na popularnonoaukową pozycję „Przejrzeć Anglików” antropolożki Kate Fox i natychmiast zgarnęłam ją dla siebie.

Prawda – jak sama Fox pisze, to „antropologia w stylu pop”. Prawda – jest napisana językiem dalekim od naukowego. Prawda, jest zabawna wręcz i nie przypomina znanych mi książek antropologicznych i socjologicznych. Autorka opisuje zasady, którym sama podlega, widać to w tekście i jest tak piękne, że aż. Pamiętam swój zachwyt na myśl, że tak, proces grupowy to coś przepięknego, jak muzyka albo miot ryjówek, co idzie trzymając brata czy siostrę za ogonek. I to, że jest piękny, to jedno, a to, że mam w nim swoje własne miejsce – jeszcze piękniejsze.

Więc czytam to i czuję się, jakby ktoś rozmawiał ze mną poważnie, jak z prawdziwym człowiekiem.

(…bo dzień bez wazeliny jest dniem straconym, a K. od dawna mnie usterkuje, że nie piszę o niczym, prócz pracy :)

W pracy… właściwie standard, nie będę Wam przecież opowiadać, co tym razem relacjonowała mi Pani Miłosława albo Pan, Którego Pyta Młodzież. PKPM zresztą jest jedynym spośród naszych stałych klientów, którego z głębi duszy i serdecznie nie znoszę. Nawet Człowiek Z Dziurą W Głowie jest lepszy.

Ale miało być o niepracy: kupiłam dziś osiem talerzy i cztery kubeczki i cztery miseczki, wszystkie z kremowej porcelany (ponoć) i z przepięknym, skromnym zdobieniem. I jestem z nich dumna i strasznie mi się podobają i wszystkie są moje, a potem będą nasze. I są takie domowe, proste i miłe i już je uwielbiam i wyjmuję z pudełka co kwadrans i się zachwycam. Dorwałam ostatnie paczki, bardzo się cieszę z tego, są cudne.

Przez Rozwój Osobisty w mojej rodzinie, a także Wizyty i Remont strasznie zaniedbałam pracownię. Mam już tluczone szkło białe i kobaltowe (tzn to tylko kolor, to nie jest prawdziwe kobaltowe szkło) i będę je topić ze szkliwem, tworząc dość niesamowite powierzchnie. Szczególnie sederowy talerz dla D. wymaga pilnej uwagi i tempa – Wielkanoc za miesiąc, Pesach w tym roku wypada ciut wcześniej, więc chyba jutro w pracowni…

Czekam już wiosny jak kania dżdżu. Bazie już są. Wiatr niesie zapach odmarzających psich gówienek.

No dobra. O pannie Isabel, nowej narzeczonej starego premiera, piszą wszyscy. Pozwolę sobie i ja, a jakże.

Co za żenada. Co za potworna, straszna, żenująca żenada, żal przez rz i paw jak stąd do Londynu. Wyobraźcie sobie: jest sobie dramatycznie głupia laska, Iza jej na imię. Jedzie do Lądka. Poznaje pana w średnim wieku, Kazimierza. Kazimierz jest prezesem. Następuje opowiedziana wielokrotnie w literaturze i filmie historia. Następnie pan Kazimierz decyduje się dopuścić pannę Izę nie tylko do łoża i stołu, rugując stamtąd wcześniej starą żonę. Pan Kazimierz dopuszcza pannę Izę do wszelkich swoich tajemnic. Na przykład – do hasła blogowego.

Reszta jest… poezją. Publiczność przejmuje się, łka, klnie, dostaje zawału, olewa wszystko albo też, jak niżej podpisana, turla się ze śmiechu od godziny, klepiąc po udach. Toś se pan zrobił, panie Kazimierzu. Sam tego chciałeś, Kazimierzu Dyndało. Ha!

Aaaaaaa.

Brak komentarzy

Mówiłam, że mam katar, jestem biedna, chora, zakasłana i z głową pełną wielu rzeczy, ale przecież nie pracy? Te rzeczy obejmują na przykład: łóżko, kołdrę, herbatę, cytryny, papryczki jalapeno żarte na żywca i z pesteczkami (nic innego tak nie rozgrzewa).

Wiadomo, dzięki D. udało mi się posiedzieć w spokoju i nie zedrzeć sobie gardła zupełnie. Ale świry nie znają taryfy ulgowej:
1. Pani G. przylazła z pretensjami, że jedna z komisarzy UE nie mówiła o pieniądzach, które ponoć drzemią. No to żeby wykład zrobiła u nas w pracy, bo niech się uczą…
2. Pan Czerstwy mrygnął okiem, potem drugim, pokłusował – całe szczęście dziś bez słowa.
3. Ta Cicha Studentka (gruba baba szemrząca głosem wystraszonego zwierzątka z kreskówki) wygłosiła całą formułkę (DzieńDobryPaniJaChciałamNaWykładCzyMogęCzyJużSięZacząłCzyMogę?). Być może dzięki informacji, że tak, już się zaczął, nie powtórzyła tego trzy razy, jak to ma we zwyczaju.

Pobił wszystkich pan, który zażądał stanowczo pieniędzy na zapłatę dla swoich pracowników.

A ja siedzę i marzę o kołderce, herbacie, cytrynie i papryczce.


  • RSS